poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ciąg dalszy?

W listopadzie zgłosiłam się do Ravioli z jakiejś betowalni odnośnie oceny opowiadania. Nie chce mi się nad tym rozwodzić, ale w skrócie strona zniknęła i znaków życia nie dają, więc jeżeli gdziekolwiek usłyszycie ten nick, to nie warto naprawdę. 

Ale przede wszystkim piszę bo zauważyłam, że pomimo faktu, że nie publikowałam nic od naprawdę dawna (bo czekałam na ocenę, ale to taki szczegół XD) to jednak zauważyłam, że statystyki lecą w górę. Według nich jednak są osoby, które wracają tu, i przyznam, że zrobiło mi się trochę żal tych osób. Zawsze wkurzałam się, gdy widziałam niedokończone opowiadania, które mi się podobały, a wychodzi na to, że zachowałam się podobnie. 

W każdym razie przyznam, że sama mam ochotę wrócić do tego opowiadania. Chcę tylko wiedzieć czy jest serio ktoś kto by to czytał. 

Dlatego no, jeżeli czekasz na ciąg dalszy, to daj znać w komentarzu. Zobaczymy co z tego wyjdzie. 

Mam nadzieję, że do usłyszenia,
Alex.

czwartek, 6 października 2016

Szczekanie zapobiegające autodestrukcji

          Pomijając kwestie upokorzenia i dialogów wymienionych później pomiędzy mną, Remusem i jego kolegami, akcja przed sypialnią Huncwotów zakończyła się nie najgorzej. Udało mi się porozmawiać z chłopakiem, który widząc moje zażenowanie darował sobie zbędne komentarze i pomimo późnej pory zaczął tłumaczyć mi przeklętą Transmutacje. Prawdopodobnie doszedł do wniosku, że upokorzenie było dla mnie wystarczającą karą, albo po prostu mnie lubił. Chociaż trochę.
     W każdym razie było dobrze, albo chociaż lepiej niż wcześniej. Ze mną, beznadziejną Transmutacją i Remusem. Resztę na ten moment odłożyłam na drugi plan i wreszcie poczułam się spokojniejsza. O ile jest to w ogóle możliwe w moim przypadku, to naprawdę czułam się wyluzowana i chyba nabrałam więcej pewności siebie. Więc było dobrze.
     - Lily, kojarzysz ten mój czerwony sweter?
Podniosłam wzrok znad podręcznika od eliksirów i znudzonym wzrokiem odnalazłam współlokatorkę o czarnych kręconych włosach wpatrującą się morderczym wzrokiem w swój kufer.
     - Yhym - odparłam wrzucając do buzi kolejnego orzeszka i wracając do ,,Eliksirów dla ciekawskich''.
     Odszukałam fragment tekstu, przy którym przerwała mi Emma i odczytałam go na głos:
     - Spraw by osoba, która wypije to wino, oblała mnie boską miłością. Słodki napoju miłosny zaklęty przez dziewięć spraw, by jego miłość była moja na zawsze.
     - Od kiedy piszesz wiersze? - zaśmiała się szatynka siadając przy mnie na łóżku.
     - Nie piszę. To formułka eliksiru miłosnego - wyjaśniłam przyglądając się jej. - Mogłabyś się ubrać. Na sam widok robi mi się zimno.
     Przykryłam się szczelniej czerwonym kocem i przeczytałam następną linijkę tekstu.
     - Nie marudź - westchnęła. - Zdajesz sobie sprawę z tego ilu facetów zabiłoby żeby być teraz na twoim miejscu?
     Zauważyłam, że z niezadowoloną miną założyła na siebie granatowy sweter należący do Grace i z powrotem usiadła obok mnie. Zaśmiałam się widząc jej wyraz twarzy.
     - Pewnie - zaśmiałam się. - Mam cholerne szczęście, że mogę oglądać twoje cycki.
     Szatynka rozpuściła włosy kładąc się prostopadle do mnie. Po chwili jednak pojawił się na jej twarzy ogromny uśmiech, a sekundę później rechotała już jak żaba. 
     - Bez sensu jest ten eliksir - oburzyłam się po przeczytaniu następnego akapitu. - Można uwarzyć go tylko o 21.00 dziewiątego dnia, dziewiątego miesiąca roku. Przecież to największa bzdura na świecie.
     - Oj nie bulwersuj się już tak - przerwała mi Em. - To ma taki sam sens jak wszystkie inne eliksiry.
     - Nieprawda! Pozostałe mają jakieś zastosowania i większość z nich jest naprawdę niesamowicie interesująca! Ale ten...
     - Przecież jest taki sam jak wszystkie inne. Nawet ma wyjątkowo normalne składniki.
     Przejechałam szybko wzrokiem po ingrediencjach napoju miłosnego i niechętnie przyznałam dziewczynie rację.
     - No dobra, ale... - przerwałam sobie w połowie zdania. Dopiero teraz dotarło do mnie, że Emma mówiąc o normalności składników musiała je znać. Problem w tym, że tego wywaru nie obejmował system nauczania. - Chwila. Skąd znasz jego składniki? Przecież ty nienawidzisz eliksirów, a kontynuujesz je tylko ze względu na rodziców.
     - Kiedyś coś tam... coś tam sobie przeczytałam - wyjaśniła pośpiesznie. - Nie patrz tak na mnie Lily! Jestem dziewczyną, to normalne, że kiedyś zainteresowały mnie napoje miłosne!
     Spojrzałam na nią karcącym wzrokiem. Czy ona w ogóle siebie słyszała? Była świadoma skutków jakie pociągają za sobą eliksiry tego typu?
     - Nie zdajesz sobie chyba...
     - Byłam zazdrosna, dobra? - przerwała mi wstając z łóżka. - Pamiętasz jak Black w zeszłym rok błagał mnie o randkę przez jakiś tydzień, może dłużej? - pokiwałam twierdząco głową przypominając sobie wrzaski Emmy, gdy co wieczór wracała do pokoju rozwścieczona niczym McGonagall. - Kiedy już chciałam się zgodzić on nagle przestał. Chciałam, żeby dostał za swoje.
     Wpatrywałam się w nią nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa. To było dla mnie nie pojęte. W końcu zmusiłam się na krótkie ,,yhym'' i z udawanym zainteresowaniem zaczęłam patrzeć w podręcznik.
     Kątem oka zauważyłam, że dziewczyna na zmianę otwiera i zamyka usta wyraźnie próbując coś powiedzieć, ale ostatecznie bez słowa wstała i wyszła z sypialni. Odrzuciłam od siebie książkę i zła na samą siebie otworzyłam kufer w poszukiwaniu innych spodni. Po raz kolejny sprawiłam, że zwykła, miła rozmowa z Emmą skończyła się kłótnią. Bezsensowną kłótnią o głupotę.
     Przebrałam się w zwykłe jeansy i spinając po drodze włosy w kitkę wyszłam z dormitorium.
     Byłam wściekła. Po ostatniej sprzeczce obiecałam sobie powstrzymywać się lub chociaż  starać się kontrolować niemiłe odzywki i inne tego typu zachowania. Ale nie. Oczywiście musiałam coś palnąć i kogoś zdenerwować.
     - Co takiego zrobiła ci ta ławka? - dobiegł mnie znajomy śmiech przypominający szczekanie psa.
     - Co takiego zrobiłam, że muszę cały czas na ciebie wpadać? - powtórzyłam bezmyślnie nie skupiając się na słowach chłopaka, a samym fakcie, że po raz kolejny spotkałam go na swojej drodze.
     - Palce sobie połamiesz - zignorował mnie dosiadając się.
     Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego gdzie jestem i, że rzeczywiście zaraz pokaleczę sobie dłonie. Siedziałam na niskiej ławce na jednym z pustych korytarzy na piątym piętrze opierając się o lodowatą, kamienną ścianę. Pod wpływem emocji ściskałam z niewyobrażalną siłą kawałek drewna, na którym siedziałam. Wtedy też zdałam sobie sprawę z tego, że moje dłonie zaczęły przybierać siną barwę.
     - Nie wiedziałem, że w tobie tyle siły - nie przestawał się ze mnie śmiać.
     Szybko zabrałam ręce i zaczęłam je masować. Nie miałam pojęcia skąd znalazła się we mnie tak ogromna moc. Zwykle byłam tą najsłabszą, która przegrywała pojedynek na rękę nawet z młodszymi kuzynkami.
     - Ty mnie śledzisz, czy jak? - po raz kolejny zignorowałam słowa kolegi. 
     W głowie miałam istną mieszankę uczuć, która zbliżała mnie ogromnymi krokami w stronę autodestrukcji. A w takich przypadkach towarzystwo szczekającego szatyna z rodu Blacków było raczej niewskazane, a może i nawet zabronione, co prawdopodobnie znalazłoby uzasadnienie wśród ofiar.
     - Masz jakiś problem ze swoim ego, Evans? - przestał się śmiać.
     - Tak! - warknęłam upodobniając się do szatyna. - To znaczy nie - pośpiesznie się poprawiłam. - Mam cię po prostu dosyć.
     - Będę leciał - wstał i nie zwracając najmniejszej uwagi na mnie odszedł parę metrów. Zatrzymał się dopiero w połowie drogi, gdy jak durna krzyknęłam jego imię.
     - Stój - wydukałam. - Zaczekaj. 
Odległość nie zakryła spojrzenia, które rzucił w moją stronę szatyn. Był zdziwiony, ale chyba nie bardziej niż ja sama.
     - Nie wierzę, że to powiem... - ściszyłam głos, mówiąc to tak naprawdę tylko do siebie.
     Podeszłam bliżej Syriusza wciąż milcząc. Pewnie byłam bardziej ciekawa swoich czynów i tego co się stanie, niż stojący naprzeciw mnie chłopak.
     - To nieprawda - powiedziałam najciszej jak potrafiłam. - To, że... no, że mam cie dosyć. Jestem po prostu wściekła na wszystko i to dlatego.
     - Co mówiłaś? - rzucił tępo wpatrując się we mnie w dziwny sposób i niezrozumiały dla mnie sposób.
     - No, że jestem wściekła i...
     - Nie, nie - wtrącił - wcześniej.
     Wzięłam ogromny wdech i szybko powtórzyłam. Dopiero gdy skończyłam zdanie zdałam sobie sprawę z tego, że ten kretyn doskonale wiedział co powiedziałam, ale chciał jedynie, żebym to powtórzyła.
     - Jesteś okropny - podsumowałam.
     - Oj, Evans, Evans... akurat o to nie mogę się obrazić - dodał wesoło, po czym zarzucił na moje barki swoją rękę, która nie denerwowała mnie już tak bardzo jak wcześniej.
     W ciągu następnej godziny pomiędzy mną, a Blackiem nawiązała się dziwnego rodzaju nić porozumienia. Zapomniałam na moment o odwiecznej wojnie prowadzonej między mną, a szczekającym nastolatkiem i skupiłam na fakcie, że on podobnie do mnie był człowiekiem. O czym z niewiadomych przyczyn zdarzało mi się czasami zapominać.
     Niespodziewanie nastała pomiędzy nami pierwsza od godziny cisza, a ja poczułam potrzebę wykorzystania sytuacji.
     - Kojarzysz tę akcję sprzed dwóch-trzech tygodni? – spytałam prosto z mostu. – Kiedy Potter rozpowiedział, to znaczy kiedy myślałam, że rozpowiedział, że… no, że mu uległam? – sprecyzowałam widząc zaskoczenie na twarzy chłopaka.
     - No raczej, Evans – westchnął przeciągając pierwsze litery mojego nazwiska. - Przez tydzień musiałem słuchać jak wkurzony na cały świat próbuje dowiedzieć się kto to zaczął – dodał wspominając Pottera.
     Zmarszczyłam brwi ze zdziwienia.
     - Czyli to naprawdę nie był on – stwierdziłam na głos.
     - No coś ty – zaszczekał. – Wiem, że go nie lubisz… oczywiście lekko mówiąc, ale on ma swoje zasady. Jestem dla mnie jak brat i wiem, że czegoś takiego w życiu by nie zrobił żadnej dziewczynie – zapewnił mnie.
     - Wymarzony brat, którego nigdy nie miałeś, a bardzo byś chciał. Hę?– odparłam nie mając pojęcia w co się pakuję. – Zawsze chciałam mieć starszego brata, ale mam tylko wredną siostrę – dodałam z niesmakiem.
     Chłopak przetarł dłonią twarz, żeby dać sobie więcej czasu na odpowiedź. Nie miałam pojęcia, że tym głupkowatym tematem wywołam w nim aż takie poruszenie.
     - Mam brata, Evans.
     Przyznam, że z początku byłam pewna, że żartuje i planowałam wybuchnąć śmiechem jak to zdarzało się nam na zmianę przez ostatnią godzinę, ale w porę się opanowałam. Z twarzy towarzysza wywnioskowałam, że tematy rodzinne nie są jego specjalnością i postanowiłam sobie darować. Tyle, że on kontynuował.
     - Chodzi nawet z nami do szkoły. Jest Slytherinie – sprecyzował nie odwracając wzroku od rąk.
     - Nie miałam pojęcia.
     Co prawda kojarzyłam jakiegoś Blacka, za którym biegał w zeszłym roku Severus, ale byłam przekonana, że to co najwyżej jakiś kuzyn Syriusza, ale na pewno nie brat.
     Prychnął zabawnie kręcąc głową.
- Oczywiście, że nie miałaś. O to właśnie chodziło – odwrócił się w moją stronę. – Zarówno jemu jak i mi.

     Nie wiedziałam, która była godzina gdy wróciłam do Wierzy Gryffindoru wraz z Blackiem. Spędziłam z nim może z godzinę, lub dwie, ale niespecjalnie tego żałowałam. To znaczy, gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że przesiedzę z tym półgłupkiem tyle czasu to zwyczajnie bym go wyśmiała, ale teraz zaczęłam odnosić wrażenie, że coś się zmieniło. Chyba zaczęłam się zmieniać i dopuszczać do siebie ludzi.
     Tak naprawdę nie miałam pojęcia dlaczego wtedy na korytarzu zawołałam za nim zamiast skakać z radości, że wreszcie dał mi spokój. Pamiętam, że poczułam się trochę oburzona tym, że wstał i chyba wtedy obudziła się we mnie odrobina empatii do tego szczekającego chłopaka.
     - Gdzie byłaś? 
     Zaskoczona odwróciłam się w stronę głosu uderzając jednocześnie łokciem w kant. Syknęłam z bólu. Odruchowo zaczęłam masować obolałe miejsce.
     - Em? Nie powinnaś spać? - zdziwiłam się zachowaniem współlokatorki. O ile zaczęłam się orientować, było już dosyć późno. A zazwyczaj w niedzielne wieczory moje koleżanki z dormitorium albo spały, albo odrabiały poniedziałkowe prace domowe. Chociaż w większości jednak kładły się wcześnie spać z nadzieją, że nie dadzą rady wydostać się z cudownej krainy snu i zaśpią na poranne lekcje.
     - Remus cię szukał. Miałaś dzisiaj z nim dyżur. 
     Palnęłam się otwartą dłonią w czoło. Jak mogłam zapomnieć o dyżurze? 
     - Nie wierzę - zaśmiałam się.
Zapaliłam lampkę stojąca przy moim łóżku i zdejmując buty rzuciłam się na miękki materac.
     - Co takiego? - zdziwiła się Emma wydostając się spod kołdry i sięgając po mojego rudego kocura leżącego pomiędzy naszymi łóżkami.
     - Nic takiego - odparłam nie czując potrzeby tłumaczenia się z mojej nieobecności.
     - Wydajesz się jakaś szczęśliwsza - czarnowłosa przyjrzała mi się dokładnie, na co zaśmiałam się donośnie zapominając o współlokatorikach uddanych objęciom Morfeusza.
     - Szczekanie zapobiega autodestrukcji - odparłam wesoło czując, że dzisiejszą rozmowę z Blackiem zapamiętam na bardzo długo.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wracam. 
Nie mam pojęcia z jaką częstotliwością będą dodawane rozdziały, ale na pewno będą, bo nie potrafię żyć bez pisania.