niedziela, 1 listopada 2015

Przeżycia życia cz. 2

Chciałam się zmienić. Być mniej marudną, obojętną i nieopanowaną osobą niż do tej pory. Zacząć cieszyć się z tego co mam. Przecież gdyby się tak chwilę zastanowić to miałam więcej szczęścia niż niektórzy. Dwie przyjaciółki, które w razie potrzeby były gotowe mi pomóc (przynajmniej taką mam nadzieję), możliwość nauki w najwspanialszej szkole magii na świecie, ale przede wszystkim miałam rodzinę. W każdej chwili miałam gdzie wrócić. A wiem, że bez względu na humorki mojej siostry Petunii, ona też ucieszyłaby się na mój widok.
Od momentu moich jedenastych urodzin, od chwili gdy profesor McGonagall przekroczyła próg mojego domu i opowiedziała o świecie magii. Od tamtej pory prawie w ogóle z nią nie rozmawiałam. Oczywiście nie licząc wrzasków i przezwisk rzucanych w obie strony, bo wierzcie mi. Na początku byłam wyrozumiała. Dwa lata spędziłam zastanawiając się czy istnieje coś co sprawi, że nasze relacje chociaż w części ulegną zmianie. Dwa lata jak durna szukałam słów, które wyrażą ból po stracie siostry. Dwa lata starałam się zrozumieć i wyjaśnić dlaczego tak łatwo odpuściła naszą przyjaźń.
Ale to było zwyczajnie niemożliwe. Nie było słów, które zmieniłyby jej stosunek do mnie. W końcu nienawidziła mnie i jej zdaniem w pełni sobie na to zasłużyłam. Uważała mnie za dziwadło i nienawidziła za moją inność. Chociaż z czasem co raz częściej skłaniałam się ku temu, że powodem jej nienawiści było to, że sama nie była taka jak ja i zwyczajnie mi zazdrościła.
Tak więc ja, Lily Evans. Odpowiedzialna, sztywna i niezrównoważona pani prefekt siedziałam właśnie w jednym z ciemniejszych zakątków szkolnej biblioteki i tępo wpatrywałam w podręcznik od Transmutacji, na którym leżało małe, lekko wyblakłe zdjęcie.
Przedstawiało one mnie i śmiejąca się Petunię. Obraz oczywiście nie ruszał się. Było to zdjęcie zrobione w wakacje po moich jedenastych urodzinach. Już wtedy wiedziałam o swoich nadzwyczajnych zdolnościach. Ale wraz z siostrą niewiele z tego rozumiałyśmy, więc nie było o co się kłócić.
Niechętnie schowałam zdjęcie pod książką i po raz kolejny przeczytałam akapit tekstu, z którego nic nie zrozumiałam. Transmutacja miała swoje definicje i sposoby zapisywania, które zawsze z trudem tłumaczyłam. Tak jak i tym razem. Z przeczytanego tekstu nie zrozumiałam kompletnie nic.
Wstałam i z pełną zrezygnowania miną podeszłam do biurka bibliotekarki.
- Nie ma pani może czegoś... czegoś co lepiej wytłumaczy mi przemianę i użycie zaklęcia homomorficznego? - wyjąkałam starając się ściszyć głos na tyle, żeby siedzący przy stolikach za mną uczniowie nie usłyszeli mojej prośby. Powód był prosty. Równie prosty co zaklęcie, którego nie rozumiałam i z którym jako jedyna z klasy miałam problem. 
Poczułam się zażenowana widząc minę kobiety. Patrzyła na mnie w pełen współczucia sposób. Chociaż gdyby się tak chwilę zastanowić, to nie było w tym nic dziwnego. W końcu w ciągu ostatniej godziny spytałam ją o to samo już cztery razy, wciąż mając nadzieję, że może jednak skrywa pod biurkiem magiczny podręcznik, z którego byłabym w stanie cokolwiek zrozumieć.
- Naprawdę mi przykro, ale nie mam takiej książki i szczerze wątpię w to, że kiedykolwiek takowa istniała. - wyjaśniła ukrywając wzrok w pełnym dat notesie. Potraktowałam to jako zakończenie rozmowy i z miną męczennika wróciłam na swoje miejsce. 
- Cholerna transmutacja, cholerna transmutacja, cholerna...
- Hej.
Podniosłam wzrok znad księgi męczenników i z niemałym zaskoczeniem przywitałam dziewczynę, która zdecydowała się na moje towarzystwo. Prawdopodobnie nie była jeszcze świadoma głupoty, którą popełniła siadając obok mnie.
- Czego się uczysz? - spytała poprawiając swoje jedwabne, blond loki.
- Przedmiotu głupców - wydukałam trzaskając książką i kładąc głowę na stolik. Byłam załamana.
- Mówiłam ci, że bez sensu chodzisz na te Wróżbiarstwo. Co przerabiacie?
- Co? O czym ty mówisz? - zdziwiłam się podnosząc głowę do góry. - Miałam na myśli Transmutacje. 
Marlena spojrzała na mnie jak na idiotkę. - Przecież mówiłaś, że już wszystko nadrobiłaś, a jak Devon spytał czy nie chcesz jednak, żeby coś ci wytłumaczył to zaprzeczałaś jak głupia.
Wróciłam myślami do kolacji sprzed paru dni kiedy to jak najęta narzekałam na profesor McGonagall i jej głupie lekcje. Dosiadł się do mnie wtedy Devon i widząc moje zrozpaczenie zaoferował mi pomoc. Tyle, że niezbyt chciałam, żeby mi pomagał. Czułam, że jest na każde moje zawołanie co sprawiło, że nie chciałam zapuszczać u niego jeszcze większego długu wdzięczności. Był moim przyjacielem, a od niedawna odnosiłam wrażenie, że nie tyle co zaniedbuję go, a zwyczajnie wykorzystuję.
- Na Merlina, bo to Devon - zakryłam z powrotem twarz. 
Dziewczyna pokiwała dziwnie głową dając mi do zrozumienia, że nic z tego nie rozumie. 
- Myślałam, że unikasz tylko Jamesa i Remusa - odparła po chwili namysłu. - Ale...
- Nie unikam ich - przerwałam jej. - Mówiłam ci przecież, że... no, że wyjaśniłam sobie sprawę z Jam... Potterem odnośnie tych plotek. A z Remusem nie miałam jeszcze jakoś ostatnio okazji porozmawiać. 
- A wczoraj na obiedzie? - spytała unosząc brwi w geście niedowierzania. - Siedział metr od ciebie dziewczyno i nie zaprzeczaj, bo widziałam was - uzasadniła domyślając się, że za chwilę wynajdę w głowie jakieś tłumaczenie.
Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową. Dlaczego z nim nie porozmawiałam? Marlena miała rację. Siedział metr ode mnie i zachowywał się jakbym nie istniała. Przecież mogłam go przeprosić i wszystko wróciłoby do normy. A ja jak głupia siedziałam i wpatrywałam się z niesamowitym zainteresowaniem w kawałek kurczaka.
Myliłam się wcześniej myśląc, że mu przejdzie bez zbędnych ceregieli takich jak rachunek sumienia, rozmowa, przeprosiny i tym podobne. Nie mówił mi cześć, na korytarzu mijał mnie jak obcą osobę, a na spotkaniach prefektów ignorował. Zresztą nie tylko on. 
Pozostali członkowie paczki Huncwotów także wykreślili mnie z listy znajomych. Tak więc od paru dni w zamku panował wyjątkowy spokój. Co prawda wśród ślizgonów ktoś wszczął bójkę, ale i tak nie równało się to niektórym wrzaskom, które towarzyszyły kłótniom moich ze słynnymi rozrabiakami. I szczerze mówiąc w jakiś sposób mi tego brakowało. To znaczy nie podwyższonego ciśnienia, tylko takiej dziwnej energii, która towarzyszyła im gdziekolwiek się pojawili.
- Dobra stchórzyłam! Zadowolona? - przyznałam nagle.
- Nie - zaprzeczyła ruchem głowy. - Ani trochę.
Pomiędzy nami zapadła idealna cisza, którą nie pogardziłaby nawet Madame Pince. Poczułam jak Marlena obserwuje mnie swoimi wielkimi, niebieskimi oczyma, ale zignorowałam to wpatrując się tępo w podręcznik. W tej samej chwili stwierdziłam, że bez korepetycji nie ujdę cało z zbliżającej się  w nieubłaganym tempie czwartkowej lekcji i stwierdzam na głos:
- Potrzebuję pomocy.
- No co ty Lily? - nastolatka spojrzała na mnie jak na największego kretyna, którym prawdopodobnie ostatnio się stałam. Jednak sekundę później wzięła spokojny wdech przecierając bladą dłonią twarz i dając mi tym samym do zrozumienia, że nie ma już do mnie siły. - Nie znam kogoś kto miałby czas ci to wytłumaczyć. Cały moja klasa kuje do testu sprawdzającego z eliksirów. Zresztą niedługo koniec pierwszego semestru i wszyscy skupiają się na swoich ocenach. - podsumowała krótko. - A co z Devonem?
Tym razem to ja przetarłam twarz zmarzniętymi dłońmi i zaczęłam wpatrywać się w nią. 
- Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, ale po prostu nie mogę... i nie chodzi tu o jakieś moje wybryki z unikaniem! - uzasadniłam szybko widząc spojrzenie dziewczyny.
Marlena pokiwała lekko głową udając, że mi wierzy i z ogromnym zainteresowaniem zaczęła obserwować książki leżące na biurku.
- A Remus? - spyta niespodziewanie. - Może to dobry pretekst, żebyś się z nim pogodziła, nie uważasz?
***
Godzinę później stałam po środku Pokoju Wspólnego i zawzięcie wpatrywałam się w schody prowadzące do męskich dormitoriów. Byłam pewna, że chłopak jest teraz w swojej sypialni wraz z Peterem, ponieważ minęłam się z nimi wchodząc do wieży. Oczywiście nie było dla mnie szokiem, że po raz kolejny zostałam zignorowana. Najwidoczniej jakoś szło się przyzwyczaić.
W połowie myśli zrobiłam krok w stronę celu. Nie mam pojęcia skąd znalazło się we mnie tyle samozaparcia, ale już parę sekund później minęłam pokój pierwszorocznych gryfonów.
Zatrzymałam się dopiero przed drzwiami z tabliczką, zawierającą cztery bardzo dobrze mi znane nazwiska. Wyciągnęłam dłoń i zapukałam. Odczekałam chwilę, ale o dziwo nie doczekałam się żadnej reakcji, więc dalej stałam przed pokojem i wpatrywałam się w drzwi. Nie chciałam wchodzić bez wcześniejszego powiadomienia lokatorów o wizycie z paru dosyć istotnych przyczyn. Na przykład niezbyt widziało mi się oglądanie po raz kolejny nagiego Syriusza czy zresztą któregokolwiek z nich. Chociaż przyznam, że no cóż... ciało miał nie najgorsze. Ale i tak nigdy nie wypowiedziałabym tego na głos.
Zapukałam ponownie. I jeszcze raz. Kolejny. No i na koniec uderzyłam kilka razy pięścią tak dla podsumowania, ale nikt mi nie otworzył. A tak być nie mogło. Byłam pewna, że siedzieli tam w środku. Że chociaż Remus albo Peter był tam i śmiał się ze mnie w tej chwili.
- Remus, otwórz mi! - zawołałam. - Wiem, że tam jesteś. 
Wciąż cisza, ale mogłabym przyrzec, że usłyszałam cichy śmiech.
- Przepraszam, dobra? Jestem niedojrzała. Wiem o tym, ale staram się nad tym pracować. To, że mi się nie udaję to już co innego - dodałam po chwili nieco ciszej. - Zachowałam się jak idiotka. Remus, przestań się na mnie gniewać. Zrozumiałam swój błąd i dostałam nauczkę, nie chcę, żebyś mnie...
- Lila? 
Wolałabym, żeby to był sen. Głupi, upokarzający sen, z którego wybudzę się za parę minut i pośmieję. Ale to była przerażająca i niesprawiedliwa rzeczywistość. 
Powoli obróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i spostrzegłam przed sobą odrobinę przerażonego bruneta. I chociaż myślałam, że gorzej być nie może, to jednak było. Po chwili zza chłopaka wyłoniło się pięcioro siódmoklasistów, u których najwyraźniej Remus spędzał czas, kiedy to ja urządzałam sobie koncert na drzwiach do jego sypialni. Poczułam jak moje policzki gotują się przybierając barwę włosów.
- Eee? Remus? O hej - wydukałam. - Fajnie cię widzieć.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Początek rozdziału miałam napisany już dawno, ale z początku nie potrafiłam go kontynuować, a w końcu gdy poczułam odrobinę weny to zalałam klawiaturę w laptopie.
Trudno było mi dzisiaj pisać, bo zabijcie mnie, ale sporo zapomniałam.
W każdym razie ta rozmowa Lily z Marleną jest jakby podsumowaniem tego co było.

Mam nadzieję, że teraz już znajdę czas i będę pisać.
Chyba wracam.



niedziela, 30 sierpnia 2015

Przeżycia życia cz. 1

Leżałam na trawie. Po raz kolejny leżałam na tej przeklętej, mokrej trawie w pobliżu Bijącej Wierzby i pozwalałam by moje ciało całkowicie ogarnął chłód ziemi. 
- Nie Lily. To ty skończ zachowywać się jak dziecko. - cały czas słyszałam w głowie słowa Remusa. Doskonale wiedziałam, że miał rację. Czasem zachowywałam się jak rozwydrzony bachor albo i gorzej. Chociaż gdyby się tak chwilę zastanowić, to może nawet częściej niż czasem.
Ale czy to moja wina, że każdą emocję odczuwałam o wiele mocniej niż inni? Nie mam na to wpływu. Nie potrafię nic zrobić z tym, że jestem zbyt emocjonalna, nierozgarnięta i niedojrzała.
Chociażby teraz. Zamiast przyjąć do wiadomości, że postępuję nierozsądnie i Remus ma słuszne powody do gniewania się na mnie, to ja, Lily Evans, najbardziej nieodpowiedzialny Prefekt szkoły odpuściłam sobie Transmutację i narażałam swoje zdrowie na zimnym podwórzu. Nie dlatego, że chciałam wrócić do Skrzydła Szpitalnego, bo naprawdę tego nie chciałam, tylko zależało mi na tym, żeby poczuć się lepiej. Przejąć bardziej bólem fizycznym niż psychicznym.
Wiatr zawiał mocniej podwiewając do góry moją czarną szatę szkolną i wywołując na moim ciele dreszcz.  
Muszę stąd iść.
Wstałam otrzepując mokry mundurek z liści i trawy. Zakręciło mi się w głowie, ale nie upadłam.
Odwróciłam się napięcie i szybkim krokiem ruszyłam w stronę zamku. Spojrzałam na ogromny biały zegar wskazujący godzinę dwunastą. Do przerwy na lunch zostało jeszcze dwadzieścia minut, więc szczęśliwa, że nie spotkam po drodze nikogo znajomego przekroczyłam próg szkoły.
Wielka Sala była prawie pusta. Najwięcej uczniów znajdowało się przy stole Puchonów, którzy widocznie mieli wolną lekcję albo odpuścili sobie jakiś przedmiot. Nie widziałam na szczęście w pobliżu nikogo znajomego. Nie miałam najmniejszej ochoty w tej chwili na tłumaczenie się czemu nie jestem na lekcji.
Zajęłam to samo miejsce co podczas śniadania i rozejrzałam za czymś smacznym do przekąszenia. Ulubiony kurczak w sosie słodko-kwaśnym znajdował się zbyt daleko, żeby moja przemarznięta dłoń dała radę go chwycić, więc nałożyłam sobie dwa udka z kurczaka i trochę pieczonych ziemniaków.
- Cześć Lily - usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się i pomachałam Krukonowi, który jak zwykle zaraźliwie się do mnie uśmiechał. Zajął miejsce wraz z przyjaciółmi i zaczął nakładać sobie wszystkiego po trochu na talerz. Jak to możliwe, że on tyle je, a i tak jest potwornie chudy?
Dokończyłam lunch i odruchowo rozejrzałam po sali. 
Niebo było lekko zachmurzone, ale wciąż przyjemne i ciepłe, w przeciwności do tego na dworze. Przy stole prostopadle ustawionym do pozostałych siedział Albus Dumbledore i Pamona Sprout. Jedli w ciszy obserwując młodych czarodziei, którzy nie zwracali najmniejszej uwagi na pedagogów.
Rozległ się dzwonek oznaczający przerwę i co raz więcej osób zaczęło zbierać się w Wielkiej Sali. Wpatrywałam się nieobecnym wzrokiem w tłum, aż dotarł do mnie charakterystyczny, śmiech przypominający szczekanie psa. 
Rozbawiona grupka Gryffonów zmierzała w moją stronę. Na jej przodzie Syriusz Black intensywnie tłumaczył coś niższemu prawie o głowę Peterowi Pettigrew, który z zachwytem wsłuchiwał się w każde jego słowo. A kawałek za nimi Remus Lupin i James Potter wygłupiali się zwracając uwagę większości zebranych. 
Co prawda zbliżali się niedokładnie w moim kierunku, bo prawdopodobnie jeszcze mnie nie zauważyli, ale w stronę swoich miejsc, które na moje nieszczęście znajdywały się zbyt blisko mojej osoby. A raczej mojego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym.
I wtedy spanikowałam. Pośpiesznie wstając potrząsnęłam głową chcąc wyrwać się z amoku, do którego wprowadził mnie ich widok. Od razu zginęłam w tłumie, który popchnął mnie do stołu obok. Na szczęście należał on do Ravenclawu. Czyli jednak panujący-nad-wszystkim-ktoś-z-góry mnie lubił, albo uznał, że już wystarczająco mnie namęczył i pozwolił na chwilę odetchnąć.
Odszukałam wzrokiem Devona i wepchnęłam pomiędzy jego a jakiegoś szatyna. Posłusznie odsunęli się by zrobić mi miejsce.
- Ratujesz mi życie - odparłam łapiąc oddech.
Odwróciłam się w stronę nieznanego mi chłopaka i niechętnie stwierdziłam, że nie wyglądał na zachwyconego moim widokiem. 
Był szerszy niż Devon i bardziej opalony, a zielone oczy podobne do moich wpatrywały się we mnie ze zdziwieniem i wyższością. Wywołał we mnie mieszane uczucia, ale spróbowałam to ukryć.
- Przed kim tym razem? - zaśmiał się pakując do ust kawałek gofra.
- Nieistotne... - odnalazłam wzrokiem Huncwotów zajmujących te same miejsca co zawsze. Wspólnie głośno śmiali się z czegoś nie przejmując otoczeniem, co było dla nich czymś w rodzaju rutyny. Odwróciłam się z powrotem w stronę stołu i spojrzałam na Devona, którego najwyraźniej również coś bawiło. - O co chodzi?
- Nie, nic - wyjaśnił powstrzymując rechot. 
- Czyli ty jesteś ta słynna Lily Evans, właścicielka serca Pottera? - dobiegł mnie niski głos należący do szerokiego szatyna o zielonych oczach. Może to moje urojenie, ale miałam wrażenie, że każde wypowiedziane przez niego słowo było pełne pogardy i czystej złośliwości.
- Em... tak - zgodziłam się wpatrując w jego dziwne oczy. - To znaczy nie - poprawiłam się szybko. - To on...
Szeroki szatyn o zielonych oczach uniósł ze zdziwienia brwi i obdarzył mnie zupełnie innym spojrzeniem niż przed chwilą. - Chcesz przez to powiedzieć, że wszystkie plotki o tym jak wrzeszczysz na Pottera są nieprawdziwe? - spytał.
- Nie... to akurat prawda - westchnęłam nie mając najmniejszej ochoty tłumaczyć przypadkowemu chłopakowi swoich problemów. - Ale jego serce nie należy do mnie - dodałam niepewnie.
- Nie ważne - podsumował wstając. - Greg, Thomas idziecie?
Poczułam się urażona. Nie dość, że zupełnie mnie nie znając potraktował z miejsca jako kogoś gorszego, to w dodatku zignorował moją odpowiedź. Tak się nie robi.
Kruknoi siedzący po drugiej stronie stołu kiwnęli głową w moją i Devona stronę w formie pożegnania i przekrzykując tłum ruszyli do wyjścia z Wielkiej Sali. Odprowadziłam ich wzrokiem nie dowierzając, że ktoś potraktował mnie tak... obojętnie? 
- No to w czym problem? - spytał Devon czochrając włosy, które opadły mu na twarz. Z kimś mi się to skojarzyło. - Opowiadaj, przed kim cie uratowałem? 
I wtedy to do mnie dotarło. 
- Ja... muszę iść - ograniczyłam swoje wyjaśnienia wręcz odskakując od blatu. - Dziękuję... to znaczy przepraszam... potem ci wszystko opowiem - zaczęłam się strasznie jąkać, po czym wybiegłam z sali ukradkiem spoglądając na miejsce zajęte przez pewnego rozczochranego bruneta w okularach.
Nie uciekałam przed Remusem, który godzinę temu wygarnął mi co rzeczywiście o mnie myśli. Zależało mu na mnie i to dlatego tak bardzo zdenerwowała go moja nieodpowiedzialność. Wiedziałam, że miał rację i dlatego nie mogłam go za to winić. 
Denerwowało go moje postępowanie co utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę się  wreszcie zmienić. Nie mogę i nie powinnam tak postępować. Ale to nie takie proste. 
Czasami naprawdę chciałam stać się lepszym człowiekiem Być odpowiedzialna i miła dla wszystkich, nie wykluczając Huncwotów. Tyle, że nie potrafiłam. W każdym razie wiedziałam co zrobić, żeby brunet się na mnie nie gniewał, co pozwoliło mi po części zapomnieć już o naszej kłótni. Wiedziałam, że będzie dobrze i to nie jego unikałam.
Wychodząc miałam nadzieję, że zwrócę czyjąś uwagę i ktoś będzie chciał ze mną porozmawiać ale myliłam się. Nikt widocznie nie miał na to ochoty.
Czułam się co raz bardziej samotna. Nie chciałam żeby inni mnie zbywali czy ignorowali, tak jak ten szeroki, zielonooki szatyn z Ravenclawu. Olał mnie, a ja wzburzyłam się chociaż podobnie traktuję chociażby Syriusza czy... Jamesa. Jestem wobec nich okropna ale i tak gdy ktoś postąpił wobec mnie w ten sam sposób poczułam się źle. Co raz bardziej zaczynałam siebie nienawidzić.
Mogłam być sumienną uczennicą, Prefektem Gryffindoru czy ulubienicą Slughorna. Zdobywać same Wybitne z Zaklęć i Eliksirów. Każde polecone zadanie wykonywać bezbłędnie i na czas. Ale to nie zmieniało faktu, że jako osoba byłam naprawdę żałosna. Byłam naprawdę żałosną wersją siebie samej. I zamierzałam to zmienić.
- Evans?
To znaczy... może zacznę jednak od jutra. Nie jestem jeszcze przygotowana psychicznie na wprowadzenie w życie mojego planu, a ktoś-nienawidzący-mnie-i-pilnujący-z-góry od razu wrzucił mnie na najgłębszą wodę.
Wzięłam głęboki wdech i wydech. 
Nie, Lily.
Odwróciłam się i starając się zakryć trzęsące się dłonie schowałam je do kieszeni szaty. Powoli wypuściłam z ust powietrze i spojrzałam na niego. Na znienawidzonego Jamesa Pottera, który jednak mnie zauważył i poszedł za mną.
- Em... tak? - niepewnie odparłam pomijając standardowe ,,Potter''. Nie chciałam mówić do niego po nazwisku, ale jego imię było jak na razie czymś strasznie trudny do wymówienia, więc sobie darowałam.
- Przepuścisz mnie? - spytał. 
- Co... to znaczy słucham? - zająknęłam się nie rozumiejąc co tym razem ma na myśli.
- Chciałbym wejść do sali, bo zaraz zaczyna się Wróżbiarstwo, a ty blokujesz mi drogę - wyjaśnił podejrzanie przyglądając mi się. - Wszystko w porządku, Evans?
I jak mam być dla niego miła, czy zwracać się po imieniu gdy cały czas słyszę to samo irytujące ,,Evans''?
Przesunęłam się niepewnie w stronę czarnej barierki, która wbiła mi się w bok gdy chłopak wyminął mnie. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że  jakimś cudem znalazłam się na samej górze schodów w Wieży Północnej pod salą Wróżbiarstwa. 
Czyli nie poszedł za mną. Po prostu przypadkowo na mnie wpadł.
Wsłuchałam się w kroki, które z każdą chwilą oddalały się co raz bardziej, aż w końcu ucichły.
Oparłam się o poręcz i schowałam twarz w blade dłonie. 
- Brawo Lily - wyszeptałam.
Odpłynęłam zupełnie wpatrując się w zakręcone, kamienne schody i wspinających się po nich uczniów. Na samym dole dostrzegłam Devona, który mocno gestykulując kłócił się z kimś. Jego rozmówca ginął w cieniu co uniemożliwiało mi poznanie jego tożsamości. 
Nagle zupełnie zapomniałam o przyjacielu, bo ktoś stanął obok mnie i przybrał podobna do mnie pozę. Stykaliśmy się lekko ramionami. Czułam intensywny zapach perfum, które dość dobrze znałam. Bałam się zepsuć jeszcze bardziej kolejną relację, więc po prostu milczałam.
- Dość długo już tu stoję - odparł nieznajomy znajomy - powinnaś zacząć wrzeszczeć czy coś, bo to się robi dziwne.
Spojrzałam na niego od razu zwracając uwagę na huncwocki uśmiech, który po chwili odwzajemniłam. Wiedziałam, że gdybym tylko pozwoliła swoim zdradzieckim ustom wypowiedzieć chociaż jedno słowo, to najpewniej zepsułabym cały moment, więc zwyczajnie milczałam.
Zadzwonił dzwonek i korytarz Wieży Północnej opustoszał. Po chwili wciąż milcząc ramię w ramię ruszyliśmy do klasy. 
- Nie jesteś już na mnie zły za te... no plotki? - zatrzymałam się metr przed drabiną do sali lekcyjnej.
James Potter przetarł dłonią twarz i poprawił okulary. Rzucił w moją stronę pełne zrezygnowania spojrzenie i odparł:
- Nie potrafię się długo na ciebie gniewać, Evans.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Od dwóch dni staram się cokolwiek dodać, ale nie potrafię.
Miało być dużo Jamesa, więc dzielę ten rozdział na dwie części.

Nie zabijcie mnie za to, że tak mało go wyszło,
bo to nie wszystko i ciąg dalszy nastąpi. 
Ale przyznam, że aż mi wstyd. 

Na samym dole strony znajdują się INFORMACJE.

sobota, 22 sierpnia 2015

Eliksiry pełne pułapek i niespodzianek

Z każdym dniem czułam się co raz gorzej. Przed każdym śniadaniem moje ciało trzęsło się niczym galaretka, aż do chwili gdy w moje blade dłonie trafiał Prorok Codzienny. Spanikowana przeglądałam błyskawicznie pierwsze dziesięć stron i dopiero wtedy wzdychałam z ulgą. W końcu coś ważnego nie trafiłoby na stronę dalszą niż dziesiąta. Tego byłam prawie pewna.
Odrzuciłam na bok gazetę i chwyciłam dwa tosty. Posmarowałam je dżemem brzoskwiniowym i szybko skonsumowałam.
- Dlaczego codziennie kupujesz tego szmatławca skoro nawet go nie czytasz? – przyjrzała mi się Grace zabierając leżącą przy mnie makulaturę. Przejechała wzrokiem po okładce i zrezygnowana odłożyła go na ławkę obok siebie. – Nie ważne.
- Czemu nic nie jesz? – spytałam Marleny wpatrującej się z żalem w pusty talerz z paroma okruszkami. – Błagam tylko nie mów mi, że znowu się odchudzasz!
- Nie – burknęła cicho upijając łyk herbaty miętowej. – No może trochę.
- Marlena! – wrzasnęła Grace. – Poprzewracało ci się od tej nauki? Głodówkami nic nie zyskasz, a nawet pogorszysz sprawę!
Spojrzałam na nią wymownie, żeby ściszyła głos. Nie wydaję mi się, żeby panna McKinnon marzyła o sławie jako Pani-Prefekt-Od-Głodówek. Tym bardziej, że to było silniejsze od niej.
- Nie zrozumiecie - oznajmiła odsuwając od siebie pusty talerz. - Obie jesteście... cholernie chude i nie zrozumiecie. - Niepewność była wręcz wypisana na jej twarzy. Można by odnieść wrażenie, że w każdej chwili będzie zdolna cofnąć wypowiedziane słowa i udawać, że nie jest dla niej istotne ile zje.
Nim zdążyłam się obejrzeć, już jej nie było. W mgnieniu oka zabrała torbę z podręcznikami i wybiegła z Wielkiej Sali pozostawiając mnie i Grace osłupiałe. Milcząc dokończyłyśmy posiłek i dopiero wtedy zebrałam się na odwagę, żeby się odezwać.
- Myślisz, że możemy coś... jej pomoc? - spytałam niepewnie.
Grace wzruszyła ramionami nie patrząc na mnie.
- A może...
- Lily muszę lecieć - przerwała mi. - Mam Numerologię za dwadzieścia minut - pośpiesznie wytłumaczyła się i szybciej niż Marlena opuściła pomieszczenie.
Nie miałam pojęcia czym w tej chwili powinnam się najbardziej przejmować. Podejrzanym zachowaniem Grace? Niekontrolowanymi głodówkami i napadami Marleny? Bezpieczeństwem rodziców i siostry Petunii? Czy może Kate, która od niedzieli unikała mnie niczym ognia? Oczywiście pozostaje jeszcze odwieczny problem z Huncwotami, ale to już inna bajka.
Właśnie. Huncwoci. A może w szczególności jeden z nich. Najbardziej roztrzepany, nieodpowiedzialny i wymagający najwięcej opieki z całej czwórki. Unikał mnie. Tego byłam pewna. Widywałam go jedynie na lekcjach. W dodatku nie na wszystkich, ale nieszczególnie przejmowałam się wagarami pana Pottera i Syriusza Blacka, które były jako taką normą. Bardziej martwiło mnie co innego.
Od tygodnia nie wywinęli nikomu kawału. Nikogo nie ośmieszyli ani nie narazili na niebezpieczeństwo. Co prawda nie miałam co do tego stu procentowej pewności, ale zawsze albo przypadkiem stawałam się świadkiem ich psot, albo ktoś mi na nich donosił jako, że byłam jednym z Prefektów Gryffindoru. Więc możliwe, że stało się niemożliwe i paczka denerwujących, nieodpowiedzialnych psotników stała się odrobinę mniej nieodpowiedzialna. Chociaż po chwili dotarło do mnie, że prawdopodobnie jest to jedynie coś w rodzaju ciszy przed burzą.
Jak bardzo chciałam być w błędzie.
* * *

W czwartki z rana miałam okienko. Zazwyczaj wstawałam później i w samotności jadłam śniadanie, by później pełna energii ruszyć w stronę lochów z podręcznikiem od eliksirów, ale nie tym razem, więc po rozmowie z Grace nie miałam co z sobą zrobić. Jedynymi miejscami, które przychodziły mi do głowy była Wieża Astronomiczna, która przy tak chłodnym początku listopada od razu wypadała z rankingu i biblioteka, w której ostatnio spędzałam zdecydowanie  za dużo czasu.
- Witam, witam - ktoś zdecydowanie za mocno wypsikany męskimi perfumami zarzucił mi na ramiona swoją ciężką łapę. - Jak mija poranek mojej ulubionej pani Prefekt?
Nie musiałam odwracać się żeby wiedzieć kim był mój ulubiony kolega
- Black, puszczaj mnie.
Wykonałam krok w przód zrzucając z siebie przy okazji zbędny ciężar.
- Evans, Evans... - dogonił mnie bez problemu, jednak tym razem oszczędzając mi wieszania się na mnie. 
- Zaciąłeś się dzisiaj, czy co? - uśmiechnęłam się najszerzej jak potrafiłam. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że uśmiecham się w towarzystwie Syriusza Blacka i od razu przyjęłam poważną minę.
Szatyn zaśmiał się głośno, a jego śmiech zabrzmiał bardziej jak szczekanie psa niż ton rozbawionego człowieka. Prawdopodobnie dlatego, że czasami maniery Blacka ograniczały się do minimum, a instynkt zwierzęcy włączał się przy każdej zgrabnej i ładnej dziewczynie.
- Nie martw się, Evans, Udam, że nic nie widziałem - odwrócił się i typowym dla podrywacza tonem przywitał się z szatynką, która wpatrywała się w jego stronę od paru minut. - Do zobaczenia na eliksirach! - rzucił na odczepne i obejmując dziewczynę odszedł w przeciwną stronę.
Zdecydowałam przeczekać przerwę na korytarzu.

* * *


- Przywiązanie do szczegółów jest najważniejsze w warzeniu eliksirów - w jednym z hogwarckich lochów profesor Horacy Slughorn przechadzał się pomiędzy ławkami i z radością dziecka wpatrywał się w słuchających go uczniów Gryffindoru i Slytherinu. - Pamiętajcie o tym przyrządzając wywar ze strony 74. Macie czas do  końca lekcji. Po dzwonku widzę wszystkie fiolki u mnie na biurku.
           Znudzona długim monologiem nauczyciela otworzyłam ,,Eliksiry dla zaawansowanych'' i przeczytałam wstęp. Miałam godzinę na przyrządzenie Eliksiru Rozśmieszającego. Łatwizna.
Przyjrzałam się potrzebnym składnikom. Chwilę dłużej zatrzymałam wzrok na słoiku z żywymi skarabeuszami. Jedynym minusem warzenia eliksirów było to, że musisz dotykać te wszystkie obrzydliwe ingrediencje. Do tego o ile pamięć mnie nie myli skarabeusze powinny zostać rozgniecione. Obrzydlistwo. 
- Lil, jak mam je niby rozgnieść? - Emma obdarzyła mnie błagalnym wzrokiem wskazując na słoik z wchodzącymi na siebie owadami. Roześmiałam się w duchu. To będzie długa lekcja.
- A jak myślisz, kochana? 
Oczy brunetki powiększyły się dwukrotnie. Wpatrywała się w czarny kociołek milcząc. Ona nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.
- Pani profesorze! - wrzasnęła niespodziewanie. Jej mina z przerażonej diametralnie zmieniła się w obolałą i zmęczoną. Gdy mężczyzna podszedł do ławki Pani Ładnej dziewczyna rozpoczęła przestawienie. 
- Coś się stało? - uprzejmie spytał spodziewając się, że za moment spełni się zawodowo i pomoże jednemu ze swoich uczniów.
- Bo widzi pan, panie profesorze... głowa mnie okropnie boli i strasznie źle spałam - pomasowała się po szyi kontynuując. - Do tego wczoraj wieczorem wyszłam na dwór i to chyba od tego. To było strasznie nieodpowiedzialne z mojej strony, ale rozumie mnie pan, panie profesorze... koniec jesieni... aż się prosi, żeby skorzystać z ostatnich ciepłych promieni słońca...
Nie mam pojęcia o jakich promieniach ona mówiła, ale na pewno nie tych, które raz na jakiś czas przedostawały się przez warstwowe chmury przed szkołą. W każdym razie wczoraj wieczorem to ona siedziała w Pokoju Wspólnym flirtując z jakimś siódmoklasistą. Jedyne czym mogła się zarazić to mononukleoza czy inne świństwo.
Nauczyciel wpatrywał się w nią jak spetryfikowany. Zawsze reagował tak gdy jakaś dziewczyna dawała mu wyraźnie do zrozumienia, że koniecznie musi udać się do Skrzydła Szpitalnego, albo przy wszystkich straci przytomność. Możliwe, że miał pewnego rodzaju lęki z tym związane, ale kto wie?
- Em... ekhem. Tak to... oczywiste... powinna pani, udać się do Poopy. Koniecznie - jąkał się drapiąc się po brązowych włosach, które od jakiegoś czasu zaczynały siwieć. 
- Dzięku...
- Zaprowadzę ją - odezwał się głos z drugiego końca pomieszczenia. - Jeszcze zasłabnie, albo co gorsza straci przytomność. 
Zaśmiałam się cicho. No tak. Wiecznie gotowy poświęcić się dla przyjaciół Syriusz Black.
Poczułam kopnięcie w łydkę.
- Pomóż mi - wołała bezgłośnie Em. 
- Panie profesorze? - zawołałam. - Ja mogę z nią pójść.
- Nie Lilianne - błędnie rozwinął moje imię. Zawsze to robił. W czwartej klasie przestałam zwracać na to uwagę i zaczęłam zwyczajnie ignorować chociaż nienawidziłam gdy ktoś się do mnie zwracał w ten sposób. - Przydasz się w klasie. Pan Black, gdyby coś się stało... przytomność straciłaby... - ponownie zaczął się jąkać.
- Tak, tak. Wszyscy rozumiemy - Syriusz wykonał skok przez ławkę zrzucając przy tym parę rzeczy i zgarniając po drodze Emmę opuścił pomieszczenie szeroko uśmiechając się. - Z pewnością wszystko nadrobimy.
Na pewno miał na myśli naukę. Gorzej, że z zupełnie innego przedmiotu

* * *
Wywar skończyłam dwadzieścia minut przed dzwonkiem. Napełniłam fiolkę z podpisem ,,Lily Evans'' i zadowolona oddałam profesorowi, który zdążył już ochłonąć po wydarzeniach z Emmą.
Wróciłam na miejsce, posprzątałam i dopiero wtedy zauważyłam, że zdecydowana większość uczniów ma cudowny humor i niekontrolowanie się śmieje. Tylko nieliczni byli spokojni. Należałam do nich ja, Remus, dwie dziewczyny ze Slytherinu i Severus Snape.
- Czy tylko mnie bawi ich zachowanie? - zajęłam wolne miejsce obok chłopaka o miodowych oczach. Nie dostałam odpowiedzi, co nie ukrywam zdziwiło mnie. - Remus? Żyjesz tam?
- Lily, zajęty jestem - odparł wpatrując się w podręcznik od Transmutacji. 
- Czemu powiedziałeś do mnie ,,Lily''? - zdziwiłam się nie zastanawiając wcześniej nad brzmieniem pytania. Dla mnie było proste i przede wszystkim miało sens.
- Może dlatego, że masz tak na imię? - spytał podnosząc wreszcie wzrok znad książki. 
Wiedziałam, że wie co mam na myśli. Nigdy nie zwracał się do mnie ,,Lily''. Od zawsze, od pierwszego roku gdy dowiedział się jak mam na imię przezywał mnie ,,Lila''. Nawet gdy nie utrzymywaliśmy zbytniego kontaktu, a nasze relacje ograniczały się do wspólnej nauki czy wieczornych dyżurów na korytarzach. Nigdy nie mówił ,,Lily''. Może to głupie, ale poczułam się  wtedy jakbym była dla niego kimś obcy.
- Czy może zmieniłaś je leżąc w Skrzydle przez własną głupotę? - dodał wpatrując się we mnie pełnym złości spojrzeniem.
- Remus, przestań - poprosiłam cicho głosem wypełnionym żalem. Nie chciałam tego słuchać. Nie chciałam, żeby tak mówił.
- Ja mam przestać? Mam przestać troszczyć się o ciebie kiedy znowu wpadniesz na pomysł, że zrobić coś głupiego? Czy może doradzać ci co zrobić, żeby zmienić relacje z Jamesem, o którym rozmawiamy przez większość dyżurów, który tak cie denerwuje? O, a może...
- Skończ Remus... - dodałam jeszcze ciszej. Nie dlatego, że nie chciałam, żeby ktoś słyszał naszą rozmowę, bo byłam pewna, że wszyscy są zbyt przejęci odczuwaniem skutków ubocznych niepoprawnego przyrządzenia Eliksiru Rozśmieszającego niż nami. Ale dlatego, że miał rację, a prawda boli. Szczególnie gdy słyszysz ją od kogoś kto troszczy się o ciebie nawet gdy nie masz o tym pojęcia. 
- Nie Lily. To ty skończ zachowywać się jak dziecko.
Patrzył mi prosto w oczy, a ja po prostu uciekłam. Powstrzymując łzy wybiegłam z sali i pobiegłam na błonia.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czuję się źle dając Wam nic konkretnego po tak długim czasie, ale mam nadzieję, że się spodoba.
Chcecie w następnej części trochę Lily i Jamesa?

czwartek, 13 sierpnia 2015

Codzienność widziana przez różowe okulary

Gdy byłam mała wpajano mi, że trzeba być przyjaźnie nastawionym, miłym i dobrym człowiekiem, a wtedy wszystko co złe będzie odbijało się od nas niczym urok zablokowany perfekcyjnie rzuconym protego. Jednak jako dziecko nie zwracałam uwagi na ten podział. Wszystko było dobre i złe jednocześnie. Po prostu nie widziałam różnicy. I teraz coś tak czuję, że panujący-nad-wszystkim-ktoś-z-góry mści się na mnie za to.
Skrzydło Szpitalne opuściłam później niż mi obiecano. W sobotę zaraz po tym jak się obudziłam podeszła do mnie Pomfrey i oznajmiła, że zostawia mnie jeszcze dzień na obserwacji, dla mojego dobra. Wyczułam w tym robotę pewnej Hieny, ale powstrzymałam się od komentarzy.
Leżenie w łóżku przez tydzień miało co prawda swoje plusy. Mogłam odespać, na spokojnie odrobić pracę domowe (no prawie na spokojnie) i dzięki kochanej Poppy, która strzeże pacjentów niczym Rogogon Węgierski swojego jaja, nie naraziłam się na kolejne głupie plotki. Ale jedna sprawa niebezpiecznie balansowała na granicy ,,plusów i minusów’’ nie dając mi spokoju. I był nią James Potter, którego ostatnio było zdecydowanie za dużo w moim życiu.
W zeszłym roku gdy przypadkiem wylądowałam na oddziale Poppy Pomfrey nie mogłam odpocząć i w spokoju wyzdrowieć, bo gdy tylko się budziłam przy moim łóżku pojawiał się pewien chuderlakowaty okularnik z rozczochranymi włosami i zapewniał mi atrakcje będąc święcie przekonanym, że koszmarnie się nudzę.
Tym razem dla odmiany nie pojawił się przy mnie żaden z Huncwotów. Nawet Remus, z którym przez ostatni czas miałam nawet dobre relacje. Głównie dlatego, że oboje byliśmy Prefektami, ale lepsze to niż nic.
Nie żeby w jakiś szczególny sposób brakowało mi ich, ale po prostu było to coś nowego i dziwnie się z tym czułam. Przez rok szło się przyzwyczaić do ciągłych durnych pomysłów słynnej paczki rozrabiaków, która od kiedy odmówiłam Potterowi słynnej randki, nawiedzała mnie zdecydowanie zbyt często.
Nucąc po nosem jedną z ulubionych piosenek wracałam właśnie do Pokoju Wspólnego Gryffidnoru. Korytarze były puste, a mrok panujący na dworze sprawiał, że czułam się jak w domu strachu. Jak na zawołanie usłyszałam kroki i skrzypienie drewnianych paneli.
- Kto tu jest?
W duchu od razu skarciłam się za głupotę. Postąpiłam jak większość przerażonych osób. Zamiast schować się i obserwować kto się zbliża lub najzwyczajniej w świecie uciekać, ja potwierdziłam to, że tu jestem i boję się jak nigdy.
Ale skoro zaczęłam to trzeba brnąć w głupotę.
- Pokaż się – sięgnęłam do kieszeni spodni, w których miałam nadzieję znaleźć różdżkę. Z niedowierzaniem stwierdziłam, że są puste, a mój magiczny patyk zostawiłam w dormitorium tydzień temu.
Z moich ust wydobył się łańcuszek niecenzuralnych słów.
- No nieładnie – po korytarzu rozeszło się zabawne cmokanie i z cienia wyłonił się denerwujący, szarooki Syriusz Black. – Pani prefekt używa takiego słownictwa! Kto by pomyślał?
- Twój sarkazm jest beznadziejny – stwierdziłam czując narastającą złość spowodowaną zachowaniem chłopaka.
- Ej, ej, ej! – podniósł ton udając urażonego. – Darowałem sobie straszenie ciebie, więc może w zamian okażesz mi odrobinę sympatii?
Prychnęłam niczym rozjuszona kotka ignorując szatyna. Mam być mu wdzięczna za to, że na starcie pogodził się z przegraną? Niedoczekanie jego.
Dumnie obróciłam się i ruszyłam przed siebie zostawiając chłopaka w oddali. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
- Gdzie ci tak śpieszno, koleżanko? – dogonił mnie z jeszcze większym uśmiechem na twarzy niż wcześniej.
Z trudem powstrzymałam się od złośliwej odzywki odnośnie sposobu w jaki się do mnie zwracał. Mogłam być jego nieprzyjacielem albo co najwyżej znajomą, ale na pewno nie byłam jego koleżanką.
- Ej, to ja powinienem być na ciebie zły. W końcu bezpodstawnie oskarżyłaś Jamesa o rozpowiadanie plotek – kontynuował nie dając za wygraną. Widocznie za cel postawił sobie wyprowadzenie mnie z równowagi nim zdążę wejść do Wieży Gryffindoru. – Wiesz jak mnie to zabolało? – teatralnym gestem złapał się za serce.
- Black, daj mi spokój.
- Evans, pogadaj ze mną – przedrzeźniał mnie.
Zatrzymałam się patrząc na niego karcąco. Byłam zmęczona tygodniowym leżeniem w Skrzydle Szpitalnym i bardzo chciałam znaleźć się teraz w moim dormitorium, przykryć moją kołderką i posłuchać marudzenia moich współlokatorek gapiąc się w moje irytujące, burgundowe firany.
- Proszę – zatrzymałam się. – O czym chcesz ze mną rozmawiać?
- Evans, Evans… - westchnął głośno przerzucając mi przez ramie swoją ciężką rękę i pchając powoli do przodu.
Zignorowałam fakt, że mnie dotyka. Wolałam mieć to już za sobą, a kłótnia o przestrzeń osobistą jedynie pogorszyłaby sprawę. Dlatego uspokoiłam oddech i zaczęłam liczyć w myślach do dziesięciu i z powrotem.
- Widzisz Evans… bo jest taka sprawa… Niewinna i – zamyślił się intensywnie po czym zaczął ze zrezygnowaniem kręcić głową jakby chciał cofnąć to co wcześniej powiedział. – Potrzebuję, żebyś podała mi hasło do Łazienki Prefektów.
Zaśmiałam się cicho nie kryjąc zdziwienia. – A po co ci niby dostęp do łazienki, która jak sama nazwa wskazuje, należy do pre-fe-któw?
Spojrzał na mnie udając niewiniątko. No tak. Po co Blackowi byłaby potrzebna duża wanna.
 - O nie, nie i nie! – wrzasnęłam zrzucając z siebie jego łapsko i przyspieszając kroku. – Nie będziesz mi demoralizował tych biednych, niewinnych piątoklasistek!
- Evans no… - zaczął zrzędzić jak zawsze gdy nie dostaje tego co chce.
- To obrzydliwe i niezgodne z regulaminem!
Wbiegłam po ostatnich schodkach prowadzących na siódme piętro i zdyszana zatrzymałam się przed portretem Grubej Damy.
Dyniowe paszteciki.
- Evans, nie bądź taką...
- Wczoraj zmieniono hasło - odparła dumnie kobieta z portretu.
- Spędziłam tydzień w Skrzydle Szpitalnym, skąd mam je znać?
Nie musiałam odwracać się, żeby dostrzec szeroki uśmiech, który pojawił się na twarzy jednego z najpopularniejszych szóstoklasistów Hogwartu.
- No Evans... - westchnął teatralnie ponownie zarzucając na mnie swoje ramie. - Chyba potrzebujesz pomocy? Wiesz, jestem człowiekiem otwartym na propozycje...
Rzuciłam w jego stronę pełne pogardy spojrzenie jednocześnie zastanawiając się za jakie grzechy urodziłam się w tym samym roku co ten palant.
Wpatrywałam się tępo w portret Grubej Damy z nadzieją, że zaraz przesunie się i będę mogła uciec. Nie musiałam długo czekać. Niespodziewanie obraz otworzył się wypuszczając z Pokoju Wspólnego dwóch chłopców, którzy na mój widok wycofali się. W głowie pojawiła mi się myśl. Jestem aż tak straszna, czy to kwestia mojej roli Prefekta i tego, że zbliżała się cisza nocna?
- Dzieci się ciebie boją - usłyszałam za sobą gdy wchodziłam już po schodach do dormitoriów dziewcząt. - A myślałem, że tylko James.

* * *
- Kat, widziałaś moją różdżkę? - rzuciłam pełne zrozpaczenia spojrzenie w stronę czarnowłosej dziewczyny wylegującej się w swoich łóżku.
- Myślałam, że wzięłaś ją ze sobą do Skrzydła. - odparła odkładając na bok podręcznik i kładąc się na brzuchu. – Pomóc ci? – zaproponowała na co ja szybko pokiwałam głową.
- Dam radę.
- A przejdziesz się później ze mną do kuchni?
Zrezygnowana opadłam na miękki materac, za którym tęskniłam od tygodnia.
- Chodź teraz. Poszukam jej jak wrócę.
Wychodząc rozejrzałam się jeszcze szybko po pustym pokoju i dołączyłam do koleżanki, z którą zdecydowanie było coś nie tak. Może i próbowała zakryć zdenerwowanie czy smutek, ale nie była w tym najlepsza. Tylko dlaczego dostrzegłam to dopiero teraz?
- Coś jest nie tak? - spytałam gdy znalazłyśmy się na jednym z rzadziej używanych przez uczniów korytarzy.
Spojrzała na mnie pełnym żalu wzrokiem. Zdziwiłam się, że przez ostatnią godzinę, którą spędziłyśmy wspólnie w dormitorium wstrzymywała się udając, że wszystko jest w porządku. Nie mogłam uwierzyć w to co widziałam. Nie wyobrażałam sobie jak ciężko musiało jej być. Jak ciężko było jej udawać, że wszystko jest dobrze, tylko po to, żeby nie zadręczać swoimi problemami innych.
- Bo... parę dni temu... - zaczęła się jąkać wpatrując w dłonie, które trzymała splecione. - Nie było cię wtedy... profesor McGonagall kazała mi przyjść do swojego gabinetu po lekcjach... i ja przyszłam. Bałam się, a... ale przyszłam - zatrzymała się na moment, żeby wziąć oddech i kontynuowała. - Powiedziała mi, ż...e moja mama... ale ona jest czarownicą, nie jest mugolem i ja nie rozumiem, bo... bo ona pracuje w ministerstwie i był wypadek i...
- Kat... – zatrzymałam się łapiąc szatynkę za ramie w geście wsparcia. - Spokojnie. Weź wdech, wyd...
- Ona nie żyje - przerwała mi.
Nie znałam jej mamy, ale jej śmierć była czymś czego nigdy nie zapomnę. Od tamtej chwili, gdy na jednym z hogwarckich korytarzy Katherina przytulona do mnie wypłakała się ze straty  bliskiej osoby, zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że trwa wojna. Że nie jest to jedynie tło dla wydarzeń opisywanych w Proroku Codziennym. Tylko najprawdziwsza wojna z niewinnymi ofiarami, które były jej nieuniknioną częścią.
Powracałam pamięcią do wszystkich krwawych bitw, których przyczyny i skutki powtarzałam przed egzaminami z Historii Magii. Wtedy były to tylko i wyłącznie informacje. Nic nie znaczące dla mnie obce fakty. W Hogwarcie czułam się na tyle bezpieczna, że zapominałam o niepokoju, który rozpowszechniał się niczym zaraza wraz z rosnącą liczbą popleczników Voldemorta, którego ze strachu zaczęto nazywać Sami-Wiecie-Kim.
Nie pamiętam ile czasu spędziłyśmy razem przytulone po środku korytarza, a jednak obecne jedynie fizycznie. Wiem, że nie dotarłyśmy do kuchni. Siedziałyśmy na jednej z kamiennych ławek pod jedną z nieużywanych klas. Po ciszy nocnej odprowadzone przez pouczające nas o nieposłuszeństwie magiczne obrazy trafiłyśmy do Pokoju Wspólnego Gryffindoru i rozeszłyśmy się. Kat wróciła do sypialni, a ja usiadłam na czerwonej kanapie przed kominkiem i wpatrywałam się w ogniste płomyki.
Poczułam się głupio kiedy dotarło do mnie, że w czasie gdy moja rówieśniczka przeżywała tak wielką stratę, ja marudząc o byle co leżałam w Skrzydle Szpitalnym i zastanawiałam się czemu akurat na mnie trafiły te nieszczęścia związane z plotkami. Wtedy byłam pewna, że nie może być gorzej.
Z  letargu wyrwało mnie ciche stukanie dobiegające od strony schodów prowadzących do męskich dormitoriów. Miałam wrażenie, że ktoś po nich schodził, jednak niespodziewanie kroki ustały, a nikt nie pojawił się w salonie. Wpatrywałam się jeszcze trochę w ostatni stopień, aż usłyszałam kolejny hałas, który tym razem dochodził z drugiej strony pomieszczenia. Mogłabym przysiąść, że krzesło lekko się przesunęło.
- Lily, wydaje ci się – starałam się chociaż odrobinę pocieszyć. – Nikogo tu nie ma. Jesteś po prostu zmęczona.
Nie miałam pojęcia, że po raz kolejny tego dnia byłam w błędzie. 
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdaję sobie sprawę z tego, że ten rozdział jest nijaki i strasznie krótki,
ale pisanie szło mi jak krew z nosa.
Chociaż miałam wenę na naprawdę długi post.

Czy wątek o wojnie i przemyślenia Lily były realistyczne?
A co do końcówki…
Domyślacie się co/kto/jak?

wtorek, 4 sierpnia 2015

Straszny zawód i wykończona psychika cz. 2


- Jesteś pewna? – wymsknęło się Marlenie. Przynajmniej mam nadzieję, że tak było, bo jeżeli nie, to zmierzasz w bardzo złą stronę droga koleżanko. Zmierzasz w stronę listy, na której szczycie znajduję się sam pan Potter.
Wzięłam głęboki oddech. - Tak.
Ale po chwili pożałowałam swojej zawziętości. W końcu Potter to nieprzewidywalny kretyn. Powinnam o tym pamiętać następnym razem gdy przyjdzie mi do głowy bycie upartą, bo mogę tego później żałować. Jak teraz.
- Evans, daruj sobie te gierki - usłyszałam znudzony głos okularnika.
- To ty sobie daruj, dobra? - wstałam przewracając puchar z sokiem dyniowym, który rozlał się po moich spodniach. - Nękasz mnie od półtora roku! I to wszystko przez głupią odmowę! Przez to, że nie chciałam iść z tobą na tą głupią randkę! Mógłbyś w koń...
- To nie ja! - wrzasnął przerywając mi.
Staliśmy naprzeciw siebie po środku Wielkiej Sali. Nie musiałam wsłuchiwać się w otoczenie, żeby wiedzieć, że większość oczu jest skierowana teraz na naszą dwójkę. I tak czułam się jak jakiś klaun w trakcie występu.
- Nie ja rozpowiedziałem te plotki – odparł normalnym tonem zachowując się jak gdyby nigdy nie był na mnie zły. Mówił spokojnym pełnym opanowania głosem, który słyszałam pierwszy raz w życiu z jego ust. – Możesz mi wierzyć lub nie... - wziął głęboki wdech i kontynuował nie patrząc na mnie. – nie wiem kto, ale nie ja.
Podniósł wzrok na mnie. Widziałam jego oczy przez może trzy sekundy. Były inne niż zawsze. Chociaż czy kiedykolwiek wcześniej przyglądałam mu się?
Chciałam coś powiedzieć ale nie miałam pojęcia co. Okropny bałagan panował w mojej głowie. Setki słów chciały być wypowiedziane, ale nie potrafiłam wybrać. Byłam zażenowana sytuacją. Przez ostatnie dni zachowywałam się jak najgłupsza idiotka. Nie chciałam go nawet wysłuchać.
- Nie ja – powtórzył po czym wyminął mnie i wyszedł z Wielkiej Sali zostawiając spetryfikowaną po środku tego całego cyrku.
Fajnie. 
Dzięki Potter.
Chociaż może i należało mi się.

Leżałam na trawie. Na mokrej ziemi, której chłód wyrównywał temperaturę mojego rozpalonego emocjami ciała. Była zagubiona. Nie potrafiłam ocenić czym bardziej się przejęłam. Faktem, że ktoś nienawidził mnie tak bardzo, że pragnął mnie zniszczyć towarzysko, czy może to, że tym kimś nie był Potter?
Niebo było ciemne wręcz czarne. Nie widziałam chmur. Jedyną widoczną nade mną rzeczą był biały księżyc w kształcie rogalika, w który wpatrywałam się od kilkunastu minut.
Byłam pewna, że się rozchoruję. W końcu była końcówka jesieni. Ziemia była zziębnięta, a ja rozgrzana wybiegłam ze szkoły i leżałam tu od przeszło godziny.
Usłyszałam szelest trawy. Zdawało mi się, że ktoś się zbliża, ale nie miałam siły się podnieść. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że dosłownie zaczynałam zamarzać.
- Lila, co ty na Merlina robisz? – podbiegł do mnie Remus zdejmując kurtkę i szybko podnosząc mnie z mokrej trawy. Powoli posadził mnie, po czym nie czekając na jakąkolwiek reakcję zaczął nakładać na mnie swoje ubranie. Kątem oka zauważyłam, że biegnąc zgubił spory kawałek czystego pergaminu.
- Rem…us t..am – wydukałam z trudem poruszając ustami.
Zdenerwowany chłopak podążył za moim wzrokiem i gdy tylko zauważył zgubę cicho przeklną, po czym schował ją z powrotem do kieszeni.
- Merlinie… - jęknął pomagając mi wstać. – Co ci przyszło do głowy?
Widząc, że nie dam rady iść wziął mnie na ręce i jak najszybciej wrócił ze mną do szkoły. Od razu zauważyłam, że zamierza zaprowadzić mnie do Skrzydła Szpitalnego. Po moim trupie! Mam do napisania trzy prace domowe na poniedziałek i nie wyrobię się, jeżeli będą kazali zostać mi w szpitalnym łóżku u boku pani Pomfrey.
- N..ie. 
- Tak - przerwał mi stanowczym tonem domyślając się co chciałam powiedzieć. - Zrobiłaś głupotę, to teraz będziesz za nią płacić. Na Merlina, co się z tobą dzieje dziewczyno?
Nie wiem.

Przebywanie na mrozie w cienkich ubraniach skończyło się zapaleniem płuc. W szpitalnym łóżku leżałam już piąty dzień. Pomijając ból gardła i ciągłe kręcenie w głowie czułam się nawet dobrze. Zdążyłam napisać zaległe prace, co szczerze mówiąc było dość trudne, biorąc pod uwagę, że najdroższa Poppy Pomfrey gdy tylko widziała, że trzymam w dłoni pióro i staram się wysilić mózgownicę, rzucała się na mnie i powtarzając, że jeszcze raz coś takiego zrobię, to mnie stąd wyrzuci. Dopiero po chwili docierało do niej, że o to mi właśnie chodzi, więc mamrocząc coś pod nosem chowała się w swoim gabinecie.
- Jędza zadała nam kolejne wypracowanie o animagach, bo nikt nie dostał z niego wyższej oceny niż Z. To bez sensu. Szczególnie, że moje było na co najmniej P!
Od prawie  godziny przy moim szpitalnym i cudownie wygodnym łóżku siedziały Grace i Emma. Na zmianę  opowiadały mi dziwne historie wzięte z życia szkoły.
- Remus i James dostali Powyżej Oczekiwań - wtrąciła się Emma w żalący monolog Grace.
- Potter dostał z pracy domowej Powyżej Oczekiwań? - wymsknęło mi się.
Obydwie spojrzały na mnie dziwnym wzorkiem.
- Co w tym dziwnego? Jest dobry z Transmutacji - wyjaśniła Em podejrzanie mi się przyglądając. - Czy ty aby przypadkiem nie jesteś zazdrosna?
Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej przez zakręciło mi się w głowie. - Nie!
- Nie żeby coś... ale on wraz z Syriuszem i Remusem mieli Wybitny na sumach - odparła niewinnie Grace. - A ty tylko Powyżej Oczekiwań. - dodała uśmiechając się.
Czułam, że przez wieczność będą mi to wypominać. Ale czy to moja wina, że Transmutacja jest bardziej skomplikowana niż Zaklęcia czy Eliksiry? Zaraz po tym jak w zeszłym roku opuściłam salę egzaminacyjną po części praktycznej z przedmiotu McGonagall byłam przekonana, że nie dostanę z niego nawet Z. Nie miałam pojęcia jak to się stało, że w liście dostarczonym przez sowę Ciamajdę z wynikami Standardowych Umiejętności Magicznych przy Transmutacji widniało starannie napisane ,,Powyżej Oczekiwań''.
- Dzięki Grace, jesteś kochana - skrzywiłam się. - Właściwie... nie zastanawia was jak oni to robią? Nie widziałam, żeby Black, Potter albo Pettitgrew uważali na lekcjach, a dostali się do klasy owutemowej. 
- Sugerujesz, że ściągali? To niemożliwe. - od razu zaprzeczyły.
- Nie ważne. Mogłybyście oddać moje wypracowania? Skończyłam wszystkie po za tłumaczeniem Run,  ale to oddam w poniedziałek - sięgnęłam do torby leżącej pod łóżkiem i podałam pergaminy przyjaciółkom.
- Mówisz serio? - patrzyły na mnie jak na wariatkę. - Przez pięć dni, zamiast spać, ty pisałaś zaległe prace domowe?
Pokiwałam twierdząco głową ignorując ich spojrzenie.
- Może powiemy Pomfrey, żeby zostawiła ją na obserwacji pod względem psychiatrycznym? - zaproponowała Emma, a Grace od razu się z nią zgodziła.
- Ej! Ja tu cały czas jestem! - przypomniałam. - Jesteście podłe - stwierdziłam po chwili przykrywając się białą kołdrą po samą brodę.
- Ale i tak nas uwielbiasz. - zaśmiały się.
- W ogóle, coś mnie ominęło? Jakieś ploteczki? - zainteresowałam się wydarzeniami szkolnymi. Chociaż tak naprawdę miałam gdzieś co kto zrobił. Z jakiegoś, nieznanego mi powodu miałam nadzieję, że usłyszę coś na temat egoistycznego kretyna, który jak się okazało nie był aż tak egoistyczny, albo osoby, która chciała mnie zniszczyć, i której się w sumie udało.
- To znaczy... - odchrząknęła Grace patrząc na mnie niepewnie. - Longbottom wylał przypadkiem na paru Ślizgonów zupę wczoraj podczas kolacji.
- A no i Huncwoci zaczarowali jedzenie na stole Slytherinu. - wspomniała Emma. - Nie mogli nic zjeść, bo chwilę przed włożeniem do buzi zaczynało im uciekać. Śmiesznie to wyglądało. Szczególnie, że Stebbins, ten gruby blondyn zdążył zjeść jedną parówkę. Chciała wydostać się z jego gardła... nieciekawy widok.
- I... - zaczęła niepewnie brunetka. - Twoja, że tak powiem piątkowa wymiana zdań z Jamesem rozniosła się trochę... troszeczkę. Co prawda słyszałam wczoraj dziwną wersję tego co tam się stało, ale ogólnie sporo osób wie, że te wcześniejsze plotki to bzdury.
Zmarszczyłam dziwnie brwi marszcząc przy tym jeszcze dziwniej nos. Coś było nie tak.
To znaczy fajnie, że większość wie, albo przynajmniej domyśla się co było prawdą odnośnie ostatnich wydarzeń, ale zachowanie moich przyjaciółek wyraźnie wskazywało na to, że wciąż coś układało się nie po mojej myśli.
- Dlaczego macie takie miny? - rzuciłam prosto z mostu mając nadzieję, że przewidziałam się i zaraz opowiedzą mi jak to zabawnie było na Zielarstwie albo Obronie przed Czarną Magią.
- O czym mówisz? - zdziwiła się panna Clatics robiąc przy tym typową dla siebie minę co sprawiło, że wyglądała jak hiena z blond lokami.
- Coś ukrywacie przede mną?
- Nie. - zgodziły się jednocześnie.
- Na pewno?
- Tak. Kiedy wychodzisz?
- W sobotę. Zmieniłaś temat.
- Wcale nie.
- Tak.
- Wydaję ci się.
I niech mi ktoś proszę powie, jak mam być zdrowa na umyśle mając takie współlokatorki?
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Krótka druga część, ale chciałam zakończyć temat plotek,
żeby zacząć w następnym rozdziale coś ciekawszego.
A teraz proszę, przyznać się kto podejrzewał, że to nie pan Potter?

(Są błędy np. zmiana czcionki, latające akapity?)