czwartek, 30 lipca 2015

Straszny zawód i wykończona psychika cz. 1

  Minęły dwa dni od mojej rozmowy z Albusem Dumbledorem. Od tamtej pory gdy  tylko docierał do mnie głos któregoś z Huncwotów lub przemknęła mi przed oczami rozczochrana czupryna Pottera przypominam sobie słowa wyjątkowo mądrego człowieka: ,,Och, nie… on wcale nie jest niezrównoważony. Po prostu spotkał go straszny zawód.’’ Zastanawiałam się wtedy ile z tego co usłyszałam było prawdą, a później uciekałam gdzie popadło. Chociaż czasami w innej kolejności.
Ale to nie tak, że nie zamierzałam posłuchać rady dyrektora i porozmawiać z Potterem, bo zamierzałam. Naprawdę. Tyle, że po pierwsze nie byłam jeszcze stu procentowo przekonana do tego pomysłu, a po drugie on wszędzie łaził z kimś. Kto by pomyślał, że chłopak, którego miałam za prześladowcę, bo wyjątkowo często wpadałam na niego wracając samotnie wieczorami z biblioteki może być tak zajęty? Śniadanie jadł z przyjaciółmi. Na lekcjach spał albo rozmawiał z Blackiem. Przerwy spędzał z kim popadnie śmiejąc się i popisując. A na obiedzie dosiadł się do stołu Puchonów, żeby podrywać jakąś brunetkę.
Starałam się, ale… no dobra. Może i moje starania pozostawiały wiele do życzenia, ale przecież to wciąż był ten sam egoistyczny kretyn! Co z tego, że miał uczucia? Nie Lily. Koniec. To było wredne.
Poczułam mocne szturchnięcie w bok, które wybiło mnie z rytmu.
- Em! To bolało! – pisnęłam masując obolałe miejsce.
- To miło, że raczyłaś do nas wrócić – dobiegł mnie niski głos mężczyzny. Skądś go kojarzyłam, ale co on robił w mojej głowie?
Podniosłam wzrok do góry. Nade mną stał profesor Binns. A dokładniej unosił się, ponieważ był duchem.
- Aa… ja… - zająknęłam się patrząc mu w oczy i widząc jednocześnie wiszące na suficie wypchane ptaki co było trochę rozpraszające. – Ja… cały czas tu byłam – dodałam nieświadomie się pogrążając. Historia Magii była najnudniejszym przedmiotem w szkole z czym bez problemu zgadzała się większość uczniów. O ile niektóre wojny i wydarzenia na pierwszy rzut oka wydawały się być w miarę interesujące, to ich wykładowca-duch potrafił nawet najbardziej krwawą bitwę krasnoludów przemienić w bajeczkę na dobranoc. 
W ten o to sposób zamiast zapisywać na pergaminie jak najwięcej szczegółów z monologu Binnsa ja, Lily Evans, porządna i sumienna uczennica prowadziłam wewnętrzną naradę na temat swojego dobijającego życia.
- Odejmuję Gryffindorowi 5 punktów za nieodpowiednie zachowanie – odsapnął podlatując z powrotem do swojego biurka. Zajął miejsce na drewnianym krześle wykładowcy i powrócił do czytania swoich notatek z Wielkiej Wojny Olbrzymów.
Uczniowie, którzy przebudzili się w chwili gdy Cuthbert Binns po raz pierwszy od bardzo dawna wyleciał zza biurka w czasie lekcji i zwrócił komuś uwagę wpatrywali się teraz we mnie z nieskrywanym zaskoczeniem.
- Panie profesorze…? – wydukał siedzący w drugiej ławce Krukon o mysich oczach i jasnych blond włosach.
- …przekonani o ideologii Olbrzymów z Westworth, 19 lipca 1698 zaatakowali…
- Panie profesorze? – powtórzył ktoś inny.
Jednak Cuthbert Binns był zbyt pochłonięty notatką by zwrócić uwagę na któregokolwiek z uczniów. Wszystko wróciło do normy co jednak nie zmieniało faktu, że chwilę wcześniej nauczyciel zachował się jak hm… nauczyciel?
- To było dziwne… - wydukała siedząca obok mnie Emma. Wciąż wpatrywała się w pedagoga jakby zastanawiając się czy to co widziała nie było przypadkiem wytworem jej   wyobraźni bądź snem.
- Em, przepraszam cię za wczoraj – wydukałam zapominając o nadzwyczajnym zjawisku. – Poniosło mnie i zachowałam się głupio.
- Wiem Lily – odparła obracając się w moją stronę. - My też.

Wychodząc na przerwę odruchowo rozejrzałam się w poszukiwaniu Pottera. Kto by pomyślał, że w ciągu jednego dnia niewinnych obserwacji nieświadomie zacznę się za nim rozglądać.
- Nieprawda Lily. To wina Dumbledore'a. Chciał żebyś z nim porozmawiała - odparłam cicho starając się uspokoić. To była przesada. Zaczynałam wariować z byle powodu.
- O! Evans, jak leci? - poczułam, że ktoś zarzuca mi rękę na ramie i przyciąga do siebie. Dopiero po chwili dotarło do mnie kto, a wtedy coś się we mnie zagotowało.
- Potter, ty skretyniały idioto puszczaj mnie! - wrzasnęłam, a mój głos rozniósł się po korytarzu niczym echo. Spróbowałam odskoczyć, ale chłopak trzymał mnie zbyt mocno.
- Evans, nie bulwersuj się tak - kątem oka zauważyłam, że wolną ręką jeszcze bardziej rozczochrał sobie włosy niż zwykle, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. - Nie ma powodów do złości - dodał jak gdyby nigdy nic.
- Ja nie mam powodów do złości? - zrzuciłam jego brudne łapsko z siebie. - Rozpowiadasz nieprawdziwe i żałosne nawet jak na ciebie plotki i jeszcze masz czelność mówić mi, że nie mam powodów, żeby być wściekła? Nawet mnie nie przeprosiłeś ty egoistyczny, pewny siebie dupku! Do tego wysyłasz kumpla, żeby wyjaśnił sprawę za ciebie! Gdzie twoja odbudowana godność, co? 
Nie potrafiłam się opanować. Cały misterny plan wyjaśnienia sytuacji wymyślony przez Dumbledore'a runął niczym domek z kart. Ale gdy tylko zobaczyłam jak po raz kolejny czochra te swoją czuprynę i beztroskim tonem zagaduje z zamiarem wykończenia mnie psychicznie, to coś mnie trafiło. Po prostu wybuchłam.
Kiedy skończyłam wrzeszczeć na korytarzu panowała bezbłędna cisza. Nie rozglądałam się, więc trudno było mi ocenić czy wokół nas nie zebrała się przypadkiem mała widownia, ale nie to w tej chwili najbardziej mnie interesowało. Byłam zbyt wściekła, żeby przejmować się takimi drobnostkami.
Zdążyłam zauważyć zszokowaną minę okularnika, po czym odwróciłam się i pobiegłam do Wieży Gryffindoru. Historia Magii była ostatnią lekcją tego dnia i szczerze mówiąc wystarczyło mi atrakcji na parę najbliższych dni.
- Lily! Stój! - usłyszałam wołanie gdy byłam na piątym piętrze. Chcąc czy nie chcąc musiałam się zatrzymać, żeby schody ruszyły, więc wołający mnie chłopak wykorzystał okazję i w ostatniej chwili wskoczył na unoszący się schodek.
- Daj mi spokój - powiedziałam przez łzy, które nie wiadomo kiedy zaczęły wypływać z moich zielonych oczu.
- Lily, uspokój się - dodał spokojniejszym głosem podchodząc bliżej i przytulając mnie do siebie. 
Nie od razu odkryłam kim był przytulający mnie chłopak. Wcześniej słysząc wołanie byłam pewna, że to Potter, ale teraz? Przytulający był zdecydowanie chudszy i wyższy od tego palanta.
Niepewnie podniosłam głowę do góry. Gdy tylko zorientowałam się kim był Przytulający na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. 
- Devon?
- Chodź. Znam miejsce, w którym możesz się uspokoić.
Zaprowadził mnie na szóste piętro. Tyle pamiętam. 

Do dormitorium wróciłam parę minut przed kolacją. Sypialnia była pusta co oznaczało, że wszystkie moje współlokatorki siedziały pewnie teraz w Wielkiej Sali i zajadały się przysmakami. Jak na zawołanie poczułam burczenie w brzuchu i suchość w gardle.
Rzuciłam torbę z książkami na łóżko i przebrałam w wygodniejsze ubrania. Po pięciu minutach byłam gotowa. Już miałam wychodzić gdy usłyszałam zza drzwi znajome głosy.
- …tak dalej pójdzie, to nie dożyję świąt! McGonagall zadała mi dodatkową pracę, żeby poprawiła swoje oceny! Przecież to bez sensu! - zaśmiałam się cicho rozpoznając marudny ton Grace.
 Podeszłam bliżej akurat gdy Emma otworzyła drzwi wpuszczając do środka Grace  żalącą się niskiej, czarnowłosej Kate Thomas.
Katherina Thomas była wyjątkowo cichą osobą. Jednak w razie potrzeby potrafiła pomóc i jeżeli byłaby taka potrzeba poświęcić wszystko dla bliskich.
Niecały rok temu wprowadziła się do naszego dormitorium, bo jak się okazało, nasze rówieśniczki mieszkające naprzeciwko okazały się strasznymi jędzami i gnębiły ją przez przeszło cztery lata. A nieporadna Kate najzwyczajniej w świecie bała się o tym komukolwiek powiedzieć. Na szczęście wszystko wyszło na jaw.
- Lily! – wrzasnęła zaskoczona Emma. Nie wiem czy bardziej zdziwiła się czy przestraszyła na mój widok. – Gdzie się podziewałaś po lekcjach?
- Później ci opowiem mamusiu – zaśmiałam się ponownie wymijając koleżanki.
- No taką mam nadzieję! – krzyknęła gdy byłam już na korytarzu.
Wesołym krokiem zbiegłam do Pokoju Wspólnego. Zastanawiałam się czy może ktoś z moich znajomych nie był jeszcze na kolacji, gdy zobaczyłam siedzące w rogu siódmoklasistki. Podeszłam do nich uśmiechnięta od ucha do ucha i przywitałam się.
- Byłyście już na kolacji?- dodałam.
Mary i Alice pokiwały jednocześnie głowami.
- Ale Marlena dopiero przed chwilą wyszła – odezwała się Alice dziwnie zerkając za mnie.
- Wszystko w porządku? – zdziwiłam się zachowaniem dziewczyny.
- Taak – wtrąciła się Mary ledwo powstrzymując śmiech. – Szuka Lupina. Zadurzyła się w nim.
- Nieprawda! – Alice podskoczyła ze złości słysząc przyjaciółkę. – Nie zadurzyłam się w nim! Nie pomyślałam nawet o nim w takim… - zamyśliła się  chwilę.
- Zasada trzech zaprzeczeń – wyszeptała Mary zasłaniając usta tak, żeby panna Grey nie usłyszała co mówi. – Idź już lepiej na kolację, bo zaraz cię wypyta o niego.
Zrobiłam dziwną minę i w podskokach wybiegłam z Wieży Gryffindoru. W niecałe trzy minuty byłam już przed Wielką Salą. Wyminęłam wychodzących uczniów i rozejrzałam się po stole swojego domu.
Od razu rozpoznałam zgarbioną blondynkę zajadającą się udkiem z kurczaka. Dosiadłam się do niej jednocześnie rozglądając się za swoim przysmakiem, ale po chwili odpuściłam sobie widząc pusty talerz, na którym zazwyczaj leżały moje ulubione placuszki drożdżowe.
- Nie byłaś przypadkiem parę dni temu na diecie? – zdziwiłam się widząc zapełniony po brzegi talerz nastolatki.
- Nie – burknęła z pełną buzią. – No może trochę – skrzywiła się marszcząc czoło i zastanawiając się nad czymś intensywnie. – Dobra byłam. Ale po co mi to? Co za różnica czy umrę gruba czy chuda i piękna.
Zaśmiałam się cicho sięgając po misę wypełnioną po brzegi sałatką z kurczakiem. – Taak. Zdecydowanie na to miałam dzisiaj ochotę. Olać przepyszne placuszki – pomyślałam szczerząc się do talerza.
- A tobie co się dzisiaj stało?
- Mi? – zdziwiłam się.
- Nie, Merlinowi – oparła sarkastycznie. – Oczywiście, że tobie. Twoje poczucie humoru zdecydowanie zaprzecza plotkom, rozpowiadanym po szkole.
W sekundę uśmiech zniknął z mojej twarzy. Czemu wszyscy muszą przypominać mi o tych głupich plotkach? Naprawdę nie widzą tego, że pomimo egoizmu Pottera jestem szczęśliwa? Czy może boli ich to, że przynajmniej wyglądam na osobę nieprzejmującą się czymś tak głupim jak opinia innych ludzi?
- Nie jestem pewna czy chcę usłyszeć, którą wersję znasz tego wymysłu - wykrzywiłam usta dziobiąc kurczaka srebrnym widelcem. – Chociaż przyznam, że nie dotarła do mnie jeszcze dzisiejsza.
- Nie te – zaprzeczyła szybko nie wiedząc o czym mówię. – Susan Roth, ta gruba puchonka spytała się mnie czy to prawda, że  Devon Wood, ten wysoki chuderlak zerwał z tobą i było ci tak ciężko znieść rozstanie, że ryczałaś a on cię przepraszał gdzieś na korytarzu – opowiedziała na jednym wdechu. – Powiedziałam jej, że jest głupia jeżeli wierzy w takie rzeczy, ale zastanawia mnie czemu tak  głośno się zrobiło ostatnio o twoim życiu towarzyskim. Powinnam o czymś wiedzieć? – poruszyła znacząco brwiami uśmiechając się głupkowato.
- Co za plotkarska szkoła! – wrzasnęłam odrobinę za głośno. – Nie mam nic do powiedzenia! To znaczy mam, ale... – poprawiłam się widząc jej spojrzenie. – Potter parę dni temu rozpowiedział jakąś bzdurę o mnie. Nawet Dumbledore spytał się mnie czy to prawda… - dodałam niechętnie.
Blondynka wydała z siebie ciche ,,Ooo…’’, po czym ni stąd ni zowąd dostała podejrzanego ataku kaszlu. - Co do Jamesa… - wykaszlała. – Idzie tu.
Nie zdążyłam odwrócić się w stronę potajemnie wskazaną przez Marlene. Ani nawet chwycić noża bądź widelca. Tak dla własnego bezpieczeństwa. Poczułam jak ławka obok ugina się pod ciężarem pewnego egoistycznego dupka i straciłam apetyt.
- Witam panie – jego słowa niczym echo odbijały się w mojej głowie. Starałam się uspokoić. Nawet zaczęłam liczyć do dziesięciu i z powrotem. Kiedyś mi to pomagało. Ale kiedyś nie byłam aż tak zniszczona psychicznie przez Pottera i jego zgraję.
- Hej – zauważyłam jak moja koleżanka uśmiecha się. Nie potrafiłam rozpoznać czy był to szczery gest, czy może jednak udawany. W końcu parę sekund temu uprzedziłam ją do tego podstępnego głupka. – Coś się stało? – wyczułam w jej głosie nutkę wrogości.
Ha! Ona jest po mojej stronie kretynie! 1:0 DLA MNIE, POTTER!
- Mogę na chwilę porwać tę piękną, rudowłosą istotę? – odparł typowym dla podrywacza tonem. Typowym tonem dla Pottera. Jedno i to samo.
No dalej Marleno! Pamiętaj, że jesteś po mojej stronie! Nie daj się nabrać na te jego głupie gierki!
- Jej decyzja – oznajmiła neutralnym tonem. Poczułam niekontrolowaną chęć uduszenia jej gołymi rękami.
Halllo? CZYŻBY KTOŚ TU PRZYPADKIEM ZAPOMNIAŁ PO KOGO JEST STRONIE?
- Nie
Tyle z siebie wydusiłam. Jedno, krótkie i szybkie ,,nie’’. Przecież nie może mnie zmusić, żeby z nim poszła. A nie ma siły, która ruszy mnie z tej nad wyraz wygodnej, drewnianej ławki.
- Jesteś pewna? – wymsknęło się Marlenie. Przynajmniej mam nadzieję, że tak było, bo jeżeli nie, to zaczynała ona zmierzać w bardzo złym kierunku. W kierunku listy, na której szczycie znajduję się sam pan Potter.
Wzięłam głęboki oddech. - Tak.
Ale po chwili pożałowałam swojej zawziętości. W końcu Potter to nieprzewidywalny kretyn. Powinnam o tym pamiętać następnym razem gdy przyjdzie mi do głowy bycie upartą, bo mogę tego później żałować. Tak jak teraz.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nawet nie wyobrażacie sobie jak się męczyłam z tą częścią pierwszą!
Mam wrażenie, że każdy wyraz jest źle napisany, ale mam nadzieję, że to tylko moje urojenia.
Ciekawi części drugiej?

sobota, 25 lipca 2015

On wcale nie jest niezrównoważony. Po prostu spotkał go straszny zawód.

Zrobiłam coś niewyobrażalnego. Zmieniłam imię jednej z głównych bohaterek. Nie wiem co mną kierowało wybierając imię ,,Mercia’’. W każdym razie poprawiłam je na ,,Emma’’, ponieważ okropnie nie pasowało mi do fabuły.

Zbliżała się pora kolacji. Zdenerwowana i pełna obaw wpatrywałam się w burgundowe firany mojego łóżka podwinięte do góry i obwinięte wokół drewnianych podstaw. Nie przepadałam za nimi. Już pierwszego dnia próbowałam się ich pozbyć w przeciwieństwie do moich współlokatorek, które były zachwycone królewskim wyglądem całej sypialni. 
Do dormitorium weszła Emma z ogromnym uśmiechem na twarzy. Usiadła przy mnie na łóżku i przyjrzała mi się badawczo.
- Nie idziesz na kolacje?
Westchnęłam głośno zdając sobie sprawę z tego, że przez całe to zamieszanie z kopertą, Blackiem i plotkami zapomniałam o rzeczy tak ważnej jak posiłek.
- Pójdę później – skłamałam. 
Zadziwiająco dobrze mi to ostatnio wychodziło. Zwykle ze stresu przed ujawnieniem zaczynałam gryźć usta i jąkać się, ale nie tym razem. Emocje wzięły w górę i nawet nie czułam tego, że okłamuję bliskie mi osoby.
- Frank zaprosił mnie na spacer - rzuciła uradowana nie dostrzegając mojej desperacji i zmęczenia.
- Longbottom? - zdziwiłam się zapominając o nich na moment. - Nie wiedziałam, że ci się podoba. 

Brunetka skrzywiła się widząc moje zaskoczenie. Oczekiwała pewnie, że podzielę jej radość, ale nie miałam na to siły. - Eee... bo nie podobał, ale... - zamyśliła się na chwilę odlatując - Rozmawiałam z nim dzisiaj. Pomógł mi w pracy domowej i jakoś tak wyszło.
- A co z Georgem? - palnęłam nim zdążyłam zastanowić się nad sensem słów. 
Widziałam jak uśmiech pomału znika z jej twarzy. Wzruszyła lekko ramionami nic nie mówiąc. Wtedy do pokoju weszła równie załamana Grace przeklinając pod nosem Minerwę McGonagall.
- Ta głupia jędza powiedziała mi, że jeżeli dostanę do końca semestru chociaż jedną ocenę niższą niż Z, to mogę pożegnać się z nauką w jej klasie! - wrzasnęła oburzona rzucając się na łóżko obok. - Lily, ty wiesz wszystko. Ona nie może tego zrobić, prawda? - obróciła głowę w naszą stronę wciąż do granic możliwości przejęta ocenami. Tak bardzo, że nie zauważyła napięcia pomiędzy mną a Emmą.
- Zgodnie z regulaminem musisz mieć co najmniej Powyżej Oczekiwań, żeby kontynuować naukę po sumach i szóstej klasie... więc, jeżeli wystawi ci na koniec Z, to masz przerąbane - wyjaśniłam zgodnie z prawdą.
Mina Grace zmieniła się na jeszcze bardziej załamaną.
- Dzięki. Bardzo poprawiłaś mi humor - dodała sarkastycznie kładąc szczególny nacisk na słowo ,,bardzo''. 
Emma siedząca do tej pory przy mnie wstała i leniwym krokiem podeszła do swojego łóżka na przeciwko. - Nie martw się. - rzuciła w stronę Grace. - Nie tobie jedynej. 
Blondynka natychmiastowo zerwała się z łóżka zrzucając przy tym parę poduszek. - Co jej zrobiłaś?
- O co wam chodzi? - nie wytrzymałam. - Macie do mnie pretensje o to, że jestem z wami szczera? 
Zapadła cisza. Wpatrywałyśmy się w siebie nawzajem zastanawiając się co powiedzieć i czy w ogóle się odzywać. 
Dobra, przyznaję. Może trochę przesadziłam wspominając o George'u, kiedy Emma cieszyła się z kolejnej jakby randki, ale to nie upoważniało ich do spiskowania przeciw mnie. Spytały mnie o zdanie nie oczekując go. Jaki to miało sens?
- Ona ma rację Grace - brunetka zebrała z szafki nocnej szkicownik i wychodząc dodała. - Przecież powinnyśmy być jej wdzięczne za to, że podzieliła się z nami swoim cennym zdaniem.


Chwilę po wyjściu Emmy wciąż niezbyt stabilna emocjonalnie zeszłam do Pokoju Wspólnego. Nie poszłam jej szukać. Wiedziałam, że skoro zabrała ze sobą szkicownik, to prawdopodobnie siedzi teraz w dormitorium dziewczyn z siódmego roku i rysując wyżala się Alice, Margo, Mary lub Marlenie. Ale nie winiłam jej za to. Też zdarzało mi się szukać u nich wsparcia po niektórych wybrykach i podrywach Pottera. Były starsze, bardziej doświadczone i nie upierały się tak jak moje współlokatorki, żebym dała temu kretynowi w końcu szansę.
Jak zawsze w czasie kolacji w salonie panował harmider. Cały czas ktoś wchodził i wychodził rozmawiając, co uniemożliwiało odrabianie prac domowych tym, którzy nie mogli zrobić tego w swoich pokojach.
Z przyzwyczajenia rozejrzałam się po wnętrzu. W rogu przed kominkiem rozłożyło się trzech Huncwotów. Potter wraz Syriuszem wylegiwali się na kanapie wybuchając co chwilę niepohamowanym śmiechem, a siedzący na podłodze obok nich mały, pulchny Peter Pettigrew ze skrywanym zachwytem wsłuchiwał się w każde ich słowo.
Przypominając sobie o obietnicy złożonej parę godzin temu przy Wieży Północnej zgarbiłam się i jak najszybciej wydostałam z salonu Gryfonów. Wciąż nie miałam najmniejszej ochoty powracać do tematu Pottera i jego wyobraźni, a doskonale zdawałam sobie sprawę, że drugi raz będzie o wiele trudniej spławić Blacka. 
Zresztą nawet jeżeli byłam w błędzie to najzwyczajniej w świecie wolałam nie ryzykować.
Podwinęłam rękaw szaty i sprawdziłam godzinę. Zbliżała się dwudziesta, więc nie zachodząc do Wielkiej Sali na kolację od razu wyszłam na błonia.
Zaczynało się robić ciemno. Do tego było chłodno, wietrznie i wilgotno. Nie byłam pewna gdzie konkretnie powinnam pójść. 
Zdezorientowana wyjęłam z kieszeni kopertę i ponownie przeczytałam jej zawartość napisaną wąskim, pochyłym pismem.

Droga Lily,

Chciałbym wyjaśnić z Tobą sprawę, która mnie martwi.
Szkolne błonia wydają mi się o wiele przyjemniejsze od mojego gabinetu.
Do tego o zachodzie słońca są niezwykle magiczne.

Albus Dumbledore

Czasami nie rozumiałam tego człowieka. Wydawał mi się wręcz niemożliwy. Skąd miałam wiedzieć gdzie będzie i o której godzinie dokładnie? Przecież to głupota. 
Zmarznięta i zła na cały świat ruszyłam w stronę hangaru na łodzie. Jednak krok przed pierwszym stopniem zatrzymałam się. Rozejrzałam wokół siebie i ku memu zdziwieniu dostrzegłam postać mężczyzny z siwą brodą opierającą się o kamienną barierkę na rogu błoni.
Niepewnym krokiem podeszłam bliżej.
- Wiedziałem, że dotrzesz na czas - odparł wpatrując się w taflę jeziora. 
- Ale skąd, panie profesorze? 
- Jesteś bystra Lily - wyjaśnił. Spodziewałam się konkretniejszego wyjaśnienia niż ,,jesteś bystra''. Widocznie nie byłam skoro wciąż nic nie rozumiałam. - Chciałem ci coś pokazać. 
Ledwo powstrzymałam się przed ciekawskim i trochę niegrzecznym ,,co?''. Jednak na czas zdążyłam zamilknąć, aby dostrzec to, co na myśli miał ten nad wyraz inteligentny starzec. Właściwie to ile on miał lat?
- Z mojego gabinetu tego nie widać - wyjaśnił wpatrując się w góry po drugiej stronie jeziora.
Zapominając o zimnie podeszłam bliżej i dokładniej przyjrzałam granicy gór i nieba. Zachodzące słońce tworzyło przepiękny widok. I nie był to zwykły, piękny zachód słońca. Było w nim coś magicznego czego jeszcze nie rozumiałam.
Wtedy słońce całkowicie schowało się za góry oświetlając ich granicę jasnym blaskiem. Trwało to tylko parę sekund, ale widok był niezapomniany.
- Biały Blask. Rzadkie zjawisko - wspomniał po chwili. - Ale nie tylko o tym chciałem z tobą porozmawiać Lily. - sięgnął do kieszeni bordowej szaty i wyciągnął z niej paczkę  dropsów. Poddał mi, a ja bez chwili wahania pod wpływem głodu i zimna skusiłam się na dwa.
- Profesor McGonagall doniosła mi o porannej sprzeczce. O ile się nie mylę dotyczyła ona plotek krążących od niedawna po szkole, mam rację? - zaczął spokojnym tonem.
Poczułam się zażenowana sytuacją. Dotarło to nawet do dyrektora szkoły? I którą wersję słyszał? Wiedziałam, że robię się czerwona na twarzy i w duszy podziękowałam profesorowi za wybranie tak późnej pory.
-  To nie prawda! - wyrzuciłam pośpiesznie czując niepojętą potrzebę wyjaśnienia sytuacji.
- Wierze ci Lily. Jednak wolałem się upewnić - odparł cicho mlaskając. - Mam nadzieję, że to zrozumiesz. Jako dyrektor nie mogę pozwolić na takie zachowanie.
Nie wiem co sprawiło, że później postąpiłam tak jak postąpiłam, ale pamiętam jedynie ogromną złość na egoistycznego kretyna i odmarzające palce u stóp.
- To Potter, panie profesorze - wydukałam cicho. - Rozpuścił te plotki, żeby się na mnie odegrać. Ja... ja nie rozumiem czemu on to zrobił. Jest niezrównoważony i...
- Och, nie - przerwał mi niepodziewanie. - on wcale nie jest niezrównoważony. Po prostu spotkał go straszny zawód.
Zmarszczyłam nos zatapiając wzrok w czarnej tafli jeziora.
- Ale jak to? - wydukałam niczym małe dziecko zapominając o zwrocie grzecznościowym i fakcie. że rozmawiam ze stuletnim czarodziejem i jednocześnie dyrektorem szkoły.
To okrutne, ale wtedy pierwszy raz od bardzo dawna przyszło mi na myśl, że James Potter też ma uczucia. To znaczy wiedziałam o tym, ale jakby zapominałam w chwilach gdy wrzeszcząc na niego uciekałam ile sił w nogach byle tylko nie usłyszeć kolejnego ,,Evans, umówisz się ze mną?’’
- Nie mówię, że jest bez winy, Lily. Jeżeli jest tak jak mówisz, to jego zachowanie jest oburzające i na pewno z nim o tym porozmawiam.  Jednak coś musiało nim kierować. Mniemam, że rozumiesz w stronę czego zmierzam? – poprawił osuwające się z nosa okulary w kształcie półksiężyców pierwszy raz spoglądając w moją stronę.
- Powinnam z nim porozmawiać? 
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hiszpańskie opery mydlane nauczyły mnie jednego. Prawdziwa miłość to taka, na którą musisz zaczekać co najmniej 300 odcinków.
Więc nie spodziewajcie się fajerwerków w następnym rozdziale. :)

wtorek, 21 lipca 2015

Klątwa w postaci Blacka i wyrocznia

- Otworzyłaś kopertę? – po raz kolejny w ciągu lekcji Transmutacji Grace szturchnęła mnie łokciem i spytała o tajemniczą treść wiadomości, którą dostałam dziś rano od McGonagall.
- Nie. Mówiłam ci, że zrobię to później – wyszeptałam przyglądając się nauczycielce stojącej przy tablicy.
W rzeczywistości już dawno przeczytałam wiadomość od dyrektora szkoły. Okłamywałam ją na jego prośbę. Prosił, żebym nikomu nie wspominała i o dwudziestej, po kolacji zjawiła się na błoniach.
- A co jeżeli to coś ważnego? – drążyła temat wyraźnie niezainteresowana wykładem profesorki.  – Może kazał ci niezwłocznie zjawić się w jego gabinecie, a ty nawet o tym nie wiesz!
- Cletics! Mam dosyć twojej paplaniny! – wrzasnęła rozzłoszczona McGonagall. – Skoro masz nam tyle do powiedzenia to zapewne z przyjemnością zostaniesz po lekcji, żeby porozmawiać ze mną na temat twoich ocen.
Blondynka wydała z siebie pełen zrezygnowania jęk. – Ale pani profesor…
- Koniec! Wracamy do tematu! – ponownie podniosła głos, co sprawiło, że w klasie zapadła zupełna cisza, którą dopiero po chwili przerwał szkolny dzwonek zwiastujący przerwę. – Świetnie. W takim razie w czwartek na moim biurku widzę długie i wyczerpujące eseje o animagach. A teraz na przerwę!
Usłyszałam jak uradowana Grace podnosi z podłogi czerwoną torbę z różnymi przypinkami i szybko pakuję do niej książki. – Spadam stąd. Może nie zauważy…
- Cletics! Chyba nie zamierzasz zignorować mojej kary i uciec? – zauważyła McGonagall podejrzanie przyglądając się zażenowanej sytuacją uczennicy.
Uśmiech diametralnie zniknął z twarzy dziewczyny. – Skąd pani profesor… - westchnęła głośno na co ja z trudem powstrzymałam śmiech. – Po prostu tak bardzo nie mogę doczekać się tej rozmowy… - chwyciła za plecak i szurając leniwie stopami po podłodze odeszła w stronę nauczycielki.
Na przerwę wyszłam sama. Następną jak i ostatnią tego dnia lekcją było Wróżbiarstwo, które wybrałam jako jedyna z bliższych mi osób. Nie należało ono do nadzwyczaj interesujących przedmiotów, wręcz przeciwnie. Zdarzało się, że zmęczona całym dniem przyswajania wiedzy najzwyczajniej w świecie zasypiałam słuchając nudnych monologów Kasandry Trelawney.
Nagle niczym z podziemi wyrósł przede mną Syriusz Black z szerokim uśmiechem od ucha do ucha. – Zostawiłaś pióro – wyciągnął w moją stronę szaro-brązowy narząd do pisania.
- Nie jest moje – odparłam zgodnie z prawdą podejrzanie przyglądając się szatynowi. – Od kiedy ty taki uczynny? – odruchowo  zmarszczyłam nos.
- To już nie można bezinteresownie oddać koleżance z roku pióra? – kontynuował udając niewiniątko.
- Nie jest moje – powtórzyłam nie rozumiejąc do czego zmierzał, ale najwyraźniej coś planował. Nie musiałam szczególnie dobrze go znać, żeby wiedzieć, że czegoś chciał. Syriusz Black robił rzeczy bezmyślne jedynie na pierwszy rzut oka. Później  gdy niczego się nie spodziewałeś wykorzystywał twoje zaskoczenie do niecnych planów, które obmyślał wraz ze swoją zgrają czyli Remusem, Peterem i Potterem.
- Black, gadaj czego chcesz – rzuciłam prosto z mostu poprawiając książki, które trzymałam już dosyć długo przez co zaczynały mi ciążyć. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w małej salce od Wróżbiarstwa, oprzeć o okrągły stolik i zasnąć słuchając nauczycielki. Zresztą nie miałam zbytniej ochoty z nim rozmawiać. Nie różnił się wiele od Pottera. W końcu z kim przebywasz, takim się stajesz. Czy jakoś tak.
- Musimy porozmawiać – oznajmił zmieniając głupkowaty wyraz twarzy na jak najbardziej poważny. – Chodzi o Jamesa.
- O nim nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać – lekko poddenerwowana wyminęłam go przyśpieszając kroku.
- Evans, posłuchaj mnie! – bez problemu dogonił mnie i nie zwracając uwagi na to, że robię się co raz bardziej czerwona ze złości próbował kontynuować rozmowę. – Cholera zrozum, że to ważne – złapał mnie za ramie i zatrzymał przed sobą. – Ja tylko próbu…
- Zamknij się – przerwałam mu i widząc, że na moment zaprzestał swoich prób dodałam spokojniejszym głosem. – Porozmawiamy kiedy indziej, bo teraz nie mam najmniejszej ochoty o nim słuchać i śpieszę się na Wróżbiarstwo.
- Chodzisz na Wróżbiarstwo? – spytał zdezorientowany zapominając o wcześniejszej konwersacji. – Przecież to strata czasu.
Zdziwiona, że dał radę skierować w moją stronę parę sensownych zdań wzruszyłam ramionami. – Może i tak, ale zawsze to coś więcej na dyplomie, a Trelawney nie jest zbyt wymagająca.
- Mogłem się posłuchać tego kretyna – dodał po chwili namysłu krzywiąc się.
- Kogo?
- Rogacza – od razu pożałowałam swojej ciekawości. Zapomniałam, że wszystko co ma związek z Blackiem jest jednocześnie w magiczny sposób połączone z tym egoistycznym głupkiem Potterem. – To znaczy, bo on chodzi na to i w sumie też mogłem. W końcu to tylko godzina w tygodniu – szybko pociągnął temat widząc moją reakcję na przezwisko jego przyjaciela.
- Dwie, ale szybko mijają – poprawiłam go zastanawiając się czy rzeczywiście kiedykolwiek widziałam Pottera na lekcji Trelawney, ale nic takiego sobie nie przypomniałam.
W miarę koleżeński warunkach pożegnałam się z Blackiem i pogrążona we własnych myślach wspięłam się na samą górę Wieży Północnej gdzie znajdowała się mała, słabo oświetlona sala lekcyjna.
Był to jednocześnie gabinet jedynej osoby w tej  szkole, która miała wystarczająco dużo odwagi, albo głupoty, żeby uczyć głupich nastolatków przyszłości, horoskopów i tym podobnych.
Zajęłam swoje miejsce w drugim rzędzie puf i małych stoliczków. W przeciwieństwie do uczniów z przodu byłam na podwyższeniu co dawało mi mniejsze prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek niezbyt stabilna psychicznie nauczycielka podejdzie do mnie. Jednocześnie miałam stąd idealny widok na resztę klasy z wyjątkiem trzeciego rzędu jednak nie przeszkadzało mi to zbytnio. Czułam się bardzo dobrze w mojej strefie bezpieczeństwa.
- Cześć Lily – dosiadł się do mnie Devon Wood. Wysoki i jednocześnie okropnie chudy brunet o zaraźliwie radosnym śmiechu. Miałam zaszczyt pracowania z nim w parze na każdym wróżbiarstwie, co umożliwiało mi poznanie go w pewien intymny sposób. W końcu raz na jakiś czas udawało mi się w miarę poprawnie odczytać jego horoskop czy wyjaśnić co oznaczał sen, który go trapił. To zbliża ludzi.
- Gotowy na kolejną dawkę przyszłości? – zagadnęłam przyglądając się wchodzącym do klasy uczniom.
- Jak zawsze – zaśmiał się, a na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Devon Wood zdecydowanie potrafił poprawić humor. Nawet nieświadomie.

Podczas godziny spędzonej w dusznej i ciasnej sali od Wróżbiarstwa mój humor diametralnie się poprawił. Zapomniałam o wszystkich problemach i skupiłam na przezabawnym śnie Devona, którego znaczenie nauczycielka wyjaśniła nam po lekcji. Jak się okazało czekało go bolesne zerwanie z ukochaną. Zapewne nie byłoby to tak śmieszne i przejęlibyśmy się tym chociaż o drobinę gdyby w rzeczywistości Devon był w związku. Ale nie był.
- Lily, moja droga jestem zmuszony z tobą zerwać – oznajmił ocierając policzek z niewidzialnej łzy. – To nie twoja wina… po prostu tak jest nam pisane.
- O nie! Jak możesz Devonie? – udałam zrozpaczoną zerwaniem dziewczynę. – Po tym wszystkim? – dodałam powstrzymując śmiech.
Jednak mój były chłopak nie wytrzymał i parsknął niepohamowanym śmiechem zwracając na nas uwagę wszystkich wychodzących z Wieży Północnej uczniów. Po chwili dołączyłam do niego i tak ramie w ramie, śmiejąc się dotarliśmy do biblioteki szkolnej.
Wypożyczyłam książkę potrzebną mi do napisania pracy domowej z Historii Magii o Powstaniach Krasnoludów i dosiadłam się do Wooda.
- O czym piszesz? – zagadnęłam przyglądając się z jakim zainteresowaniem rozpoczął pisanie pracy.
- Na Zielarstwo. Sprout zadała nam banalny esej o mandragorach. Zamierzam wykorzystać okazję i dostać z niego co najmniej Powyżej Oczekiwań – uśmiechnął się głupkowato ukazując równe zęby.
.
Zaśmiałam się głośno zwracając uwagę otoczenia. Devon naprawdę rozśmieszał byle czym. Wystarczył jeden z jego szczerych uśmiechów i zapominało się o problemach. Właśnie. O problemach.
Zauważyłam kątem oka, że siedzące w rogu pomieszczenia trzy Ślizgonki przypatrywały się nam szepcząc co chwilę sobie na ucho i raz po raz cicho śmiejąc się.
- Devon… wiesz ja chyba dokończę to później – odparłam zgodnie z prawdą pakując wypożyczoną książkę do torby. – Zobaczymy się później, dobrze?
Brunet pokiwał głową i wrócił do pisania. ,,Ale go to wciągnęło’’ – pomyślałam.
- Już kolejnego sobie wypatrzyła – usłyszałam chichot gdy minęłam stolik wspomnianych wcześniej Ślizgonek.
- Słucham? – odwróciłam się w ich stronę siląc się na uśmiech.
- Może litują się nad nią bo jest głucha? – zaśmiała się jedna z nich.
- To raczej ze względu na jej ubiór – dodała inna przyglądając się moim stopom. - Nikt normalny nie ubrałby takich butów.
- Jeszcze jedno wasze słowo i… – podeszłam krok bliżej.
- Lily, daj spokój – podbiegł do mnie Devon. – Chodź stąd, bo zrobisz sobie i im krzywdę. Jesteś Prefektem. Nie możesz się tak zachowywać.
- Mam gdzieś te odznakę – dodałam próbując wyrwać mu się. – Puszczaj mnie.
Ale po chwili dotarły do mnie jego słowa. Przecież byłam Prefektem. Miałam pilnować porządku i pomagać w razie potrzeby. Jednak teraz z radością przypomniałam sobie jaki inny przywilej otrzymałam wraz ze srebrną odznaką przypiętą do mojej szaty.
- Za obrażanie Prefekta i zakłócanie ciszy w bibliotece odejmuję po dziesięć punkt każdej z was – oznajmiłam po czym z głową dumnie uniesioną do góry wyszłam z sali. 
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wrzucam, bo napisałam.
Wydaję mi się trochę nudny i jakby o niczym,
co sprawiło, że prawie wrzuciłam tu przepraszającego Jamesa, ale...
dałam radę,
 powstrzymałam się 
i o to mamy fragment z Blackiem. 

sobota, 18 lipca 2015

Cudowny poranek po równie cudownej nocy

         Następnego dnia ociągałam się jak najbardziej mogłam z pójściem na śniadanie. Wiedziałam, że dzięki uprzejmości Pana Pottera stałam się z dnia na dzień pośmiewiskiem szkoły. Ciężko wypracowana reputacja porządnej pani Prefekt pękła niczym bańka mydlana w chwili gdy ten egoistyczny dupek otworzył swoje egoistyczne usta.
         Ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Dlaczego to zrobił? Aż tak bolała go moja zawziętość? Naprawdę aż tak nienawidził mnie za to, że nigdy nie zgodziłam się na żadną z tych jego idealnie przygotowanych randek?
          - Lily nie możesz spędzić całego dnia w łóżku - odparła Grace czesząc swoje długie, blond pasma przed wiszącym na ścianie lustrze. - Olej ich. Nie takim przeciwnościom dawałaś radę.
          - Łatwo ci mówić - rzuciłam się tyłem na pościelone łóżko. - To nie ty uległaś Potterowi, w którym skrycie kochasz się od pierwszej klasy - dodałam ironicznie.
          - Emma jeszcze śpi? 
          Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i nie schodząc tyłkiem z materaca wyciągnęłam rękę w stronę najbliższego łóżka. - Eeeem! - zaczęłam klepać leżącą pod kołdrą nastolatkę. - Poobudka!
          - Chce... spaa..ć - wyziewała nie wynurzając się spod grubej warstwy koców i poduszek.
          - Śniadanie kończy się za cztery minuty - skłamałam.
          W przypadku tej dziewczyny jedynie kłamstwo było skuteczne. Prawda była taka, że nie ruszyłaby się nawet gdyby zaczęto bombardować zamek. Jedynym sposobem by wybudzić ją ze snu jest uświadomienie jej, że może ominąć ją pierwszy, najważniejszy posiłek dnia, albo jakiekolwiek jedzenie.
          - Co? O czym ty mówisz? - wstała zrzucając koce na ziemię. - Ale jesteście wredne. Nie mogłyście mnie obudzić? - zaczęła szukać w stojącym przy jej łóżku kufrze w miarę czystej szaty. - Niby takie przyjaciółki - zaczęła marudzić doprowadzając tym samym mnie i Grace do śmiechu.
          - Spinaj te swoje loczki blondynko i idziemy na śniadanie - rzuciła Grace w stronę Emmy.
          - Jestem brunetką idiotko - wciągnęła na siebie jeansowe spodnie i nie czekając na nas wyszła. Pewnie wciąż myślała, że nie zdąży na posiłek.
         Nie przejmując się chwilowym obrażeniem Emmy wstałam z łóżka i szybko ubrałam się. Najchętniej nie wychodziłabym przez tydzień albo i więcej z dormitorium, ale co by mi to dało? Nic. Pokazałabym jedynie innym, że jestem słabym, nieporadnym dzieckiem co niektórzy by uznali za potwierdzenie plotek.W końcu skoro nic nie zrobiłam to chyba nie powinnam się niczego obawiać?
         - Zobaczysz - Grace rozpoczęła motywacyjną gadkę. - Słyszałam, że Frank narobił niezłe zamieszanie wczoraj na kolacji. Pewnie większość już zapomniała o tobie i skupiła na nim.
         Gdybym nie znała Franka Longbottoma to zapewne bym jej uwierzyła. Ale znałam dość dobrze, więc byłam pewna, że nie ma racji.
         Frank był rok starszym ode mnie Gryfonem. Należał do tych ciamajd, które na każdym kroku nieświadomie rozśmieszają innych. Tyle, że równocześnie był nieziemsko przystojny dzięki czemu nikt nigdy nie zastraszył go, ani nie ośmieszył publicznie. Znałam nawet dziewczyny, które uważały, że jego ,,ciamajdowatość'' jest na swój sposób urocza.
         - Obyś miała rację - wyszeptałam schodząc po zakręcanych schodach do Pokoju Wspólnego Griffindoru, z którego jak co dzień o tej porze dochodziły okropne wrzaski. Miałam cichą nadzieję, że przez ogólne zamieszanie uda mi się niezauważonej wyjść z wieży. Oh jaka ja byłam naiwna.
         W chwili gdy zeskoczyłam z ostatniego schodka rozmowy zaczęły cichnąć i nagle jedynym słyszalnym odgłosem stały się szepty zebranych. Widziałam jak co druga osoba szturcha ramieniem kolejną stojącą obok znacząco wskazując przy tym na mnie i tak w kółko. Czułam się okropnie.
         - Jesteście żałośni - odezwała się Grace patrząc z pogardą na otaczających nas Gryfonów. - Nie macie nic lepszego do roboty?
         Przez moment w pomieszczeniu zapadła całkowita cisza.
         Nagle z kanapy przy kominku wstała Bethany Clark. Wysoka i szczupła szatynka o nieskazitelnej cerze i kobiecych kształtach. Należała zdecydowanie do tych nielicznych ideałów stąpających po Ziemi.
         - Nie na tyle żałośni, żeby puszczać się na prawo i lewo - odparła patrząc na mnie z góry. - Następny jak mniemam będzie Syriusz?
         Moja reakcja była przewidywalna. Stałam jak spetryfikowana patrząc z niedowierzaniem w dziewczynę, która właśnie ze mnie drwiła. Miała ogrom szczęścia. W końcu dzięki Potterowi miała okazję, żeby obrażać i drwić ze mnie na oczach mnóstwa osób.
         Jak przez mgłę zaczął do mnie docierać głos Grace niebezpiecznie zbliżającej się w stronę szatynki. - Radzę ci się w tej chwili zamknąć, albo...
        - Co to z groźby panno Cletics?!
         Do Pokoju Wspólnego weszła poddenerwowana profesor McGonagall, opiekunka domu Godryka Gryffindora. Była to koścista, młoda kobieta o bladej cerze i brązowych włosach spiętych w elegancki kok. Jak zawsze miała na sobie długą szmaragdową pelerynę, która kończyła się idealnie przy ziemi.
         - Odejmuję 5 punktów Gryffindorowi za nieodpowiednie zachowanie i nie zamierzam słuchać jakichkolwiek tłumaczeń - oznajmiła zatrzymując się przy mnie. - A teraz rozejść się! Za dwadzieścia minut zaczynają się lekcje i niech tylko dowiem się, że któryś z Gryfonów się spóźnił, a pożegna się z najbliższym wyjściem do Hogsmeade!
         W kilka sekund przejęci groźbą uczniowie rozbiegli się do dormitoriów lub zniknęli za magicznym portretem przypominając sobie o śniadaniu. W pomieszczeniu zostałam tylko ja, nauczycielka i Grace.
         - Evans jak dobrze, że cię widzę - rozejrzała się podejrzanie po pokoju. - Profesor Dumbledor prosił, żeby ci to przekazała.
         Z niewidzialnej kieszeni wyciągnęła małą, beżową kopertę z pieczęcią szkoły. Podała mi ją szybko i przypominając o zbliżających się lekcjach zniknęła za portretem.
         - Zawsze przerażał mnie wyraz jej twarzy.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak więc uznałam, że nie ma sensu wyczekiwać komentarzy.
Rozdziały będą różnej długości. Te pierwsze przypominają raczej części, ale wstawiam tyle bo tak mi się podoba. 
Doszłam do wniosku, że nie chcę rozpowszechniać tego bloga. Jeżeli ktoś na niego trafi - w porządku, bardzo mi miło.
Ale jeżeli nie, to trudno. Będę pisać dla siebie i ograniczę się do zostawiania czasami linku przy okazji w komentarzu.