sobota, 18 lipca 2015

Cudowny poranek po równie cudownej nocy

         Następnego dnia ociągałam się jak najbardziej mogłam z pójściem na śniadanie. Wiedziałam, że dzięki uprzejmości Pana Pottera stałam się z dnia na dzień pośmiewiskiem szkoły. Ciężko wypracowana reputacja porządnej pani Prefekt pękła niczym bańka mydlana w chwili gdy ten egoistyczny dupek otworzył swoje egoistyczne usta.
         Ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Dlaczego to zrobił? Aż tak bolała go moja zawziętość? Naprawdę aż tak nienawidził mnie za to, że nigdy nie zgodziłam się na żadną z tych jego idealnie przygotowanych randek?
          - Lily nie możesz spędzić całego dnia w łóżku - odparła Grace czesząc swoje długie, blond pasma przed wiszącym na ścianie lustrze. - Olej ich. Nie takim przeciwnościom dawałaś radę.
          - Łatwo ci mówić - rzuciłam się tyłem na pościelone łóżko. - To nie ty uległaś Potterowi, w którym skrycie kochasz się od pierwszej klasy - dodałam ironicznie.
          - Emma jeszcze śpi? 
          Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i nie schodząc tyłkiem z materaca wyciągnęłam rękę w stronę najbliższego łóżka. - Eeeem! - zaczęłam klepać leżącą pod kołdrą nastolatkę. - Poobudka!
          - Chce... spaa..ć - wyziewała nie wynurzając się spod grubej warstwy koców i poduszek.
          - Śniadanie kończy się za cztery minuty - skłamałam.
          W przypadku tej dziewczyny jedynie kłamstwo było skuteczne. Prawda była taka, że nie ruszyłaby się nawet gdyby zaczęto bombardować zamek. Jedynym sposobem by wybudzić ją ze snu jest uświadomienie jej, że może ominąć ją pierwszy, najważniejszy posiłek dnia, albo jakiekolwiek jedzenie.
          - Co? O czym ty mówisz? - wstała zrzucając koce na ziemię. - Ale jesteście wredne. Nie mogłyście mnie obudzić? - zaczęła szukać w stojącym przy jej łóżku kufrze w miarę czystej szaty. - Niby takie przyjaciółki - zaczęła marudzić doprowadzając tym samym mnie i Grace do śmiechu.
          - Spinaj te swoje loczki blondynko i idziemy na śniadanie - rzuciła Grace w stronę Emmy.
          - Jestem brunetką idiotko - wciągnęła na siebie jeansowe spodnie i nie czekając na nas wyszła. Pewnie wciąż myślała, że nie zdąży na posiłek.
         Nie przejmując się chwilowym obrażeniem Emmy wstałam z łóżka i szybko ubrałam się. Najchętniej nie wychodziłabym przez tydzień albo i więcej z dormitorium, ale co by mi to dało? Nic. Pokazałabym jedynie innym, że jestem słabym, nieporadnym dzieckiem co niektórzy by uznali za potwierdzenie plotek.W końcu skoro nic nie zrobiłam to chyba nie powinnam się niczego obawiać?
         - Zobaczysz - Grace rozpoczęła motywacyjną gadkę. - Słyszałam, że Frank narobił niezłe zamieszanie wczoraj na kolacji. Pewnie większość już zapomniała o tobie i skupiła na nim.
         Gdybym nie znała Franka Longbottoma to zapewne bym jej uwierzyła. Ale znałam dość dobrze, więc byłam pewna, że nie ma racji.
         Frank był rok starszym ode mnie Gryfonem. Należał do tych ciamajd, które na każdym kroku nieświadomie rozśmieszają innych. Tyle, że równocześnie był nieziemsko przystojny dzięki czemu nikt nigdy nie zastraszył go, ani nie ośmieszył publicznie. Znałam nawet dziewczyny, które uważały, że jego ,,ciamajdowatość'' jest na swój sposób urocza.
         - Obyś miała rację - wyszeptałam schodząc po zakręcanych schodach do Pokoju Wspólnego Griffindoru, z którego jak co dzień o tej porze dochodziły okropne wrzaski. Miałam cichą nadzieję, że przez ogólne zamieszanie uda mi się niezauważonej wyjść z wieży. Oh jaka ja byłam naiwna.
         W chwili gdy zeskoczyłam z ostatniego schodka rozmowy zaczęły cichnąć i nagle jedynym słyszalnym odgłosem stały się szepty zebranych. Widziałam jak co druga osoba szturcha ramieniem kolejną stojącą obok znacząco wskazując przy tym na mnie i tak w kółko. Czułam się okropnie.
         - Jesteście żałośni - odezwała się Grace patrząc z pogardą na otaczających nas Gryfonów. - Nie macie nic lepszego do roboty?
         Przez moment w pomieszczeniu zapadła całkowita cisza.
         Nagle z kanapy przy kominku wstała Bethany Clark. Wysoka i szczupła szatynka o nieskazitelnej cerze i kobiecych kształtach. Należała zdecydowanie do tych nielicznych ideałów stąpających po Ziemi.
         - Nie na tyle żałośni, żeby puszczać się na prawo i lewo - odparła patrząc na mnie z góry. - Następny jak mniemam będzie Syriusz?
         Moja reakcja była przewidywalna. Stałam jak spetryfikowana patrząc z niedowierzaniem w dziewczynę, która właśnie ze mnie drwiła. Miała ogrom szczęścia. W końcu dzięki Potterowi miała okazję, żeby obrażać i drwić ze mnie na oczach mnóstwa osób.
         Jak przez mgłę zaczął do mnie docierać głos Grace niebezpiecznie zbliżającej się w stronę szatynki. - Radzę ci się w tej chwili zamknąć, albo...
        - Co to z groźby panno Cletics?!
         Do Pokoju Wspólnego weszła poddenerwowana profesor McGonagall, opiekunka domu Godryka Gryffindora. Była to koścista, młoda kobieta o bladej cerze i brązowych włosach spiętych w elegancki kok. Jak zawsze miała na sobie długą szmaragdową pelerynę, która kończyła się idealnie przy ziemi.
         - Odejmuję 5 punktów Gryffindorowi za nieodpowiednie zachowanie i nie zamierzam słuchać jakichkolwiek tłumaczeń - oznajmiła zatrzymując się przy mnie. - A teraz rozejść się! Za dwadzieścia minut zaczynają się lekcje i niech tylko dowiem się, że któryś z Gryfonów się spóźnił, a pożegna się z najbliższym wyjściem do Hogsmeade!
         W kilka sekund przejęci groźbą uczniowie rozbiegli się do dormitoriów lub zniknęli za magicznym portretem przypominając sobie o śniadaniu. W pomieszczeniu zostałam tylko ja, nauczycielka i Grace.
         - Evans jak dobrze, że cię widzę - rozejrzała się podejrzanie po pokoju. - Profesor Dumbledor prosił, żeby ci to przekazała.
         Z niewidzialnej kieszeni wyciągnęła małą, beżową kopertę z pieczęcią szkoły. Podała mi ją szybko i przypominając o zbliżających się lekcjach zniknęła za portretem.
         - Zawsze przerażał mnie wyraz jej twarzy.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak więc uznałam, że nie ma sensu wyczekiwać komentarzy.
Rozdziały będą różnej długości. Te pierwsze przypominają raczej części, ale wstawiam tyle bo tak mi się podoba. 
Doszłam do wniosku, że nie chcę rozpowszechniać tego bloga. Jeżeli ktoś na niego trafi - w porządku, bardzo mi miło.
Ale jeżeli nie, to trudno. Będę pisać dla siebie i ograniczę się do zostawiania czasami linku przy okazji w komentarzu.
        

7 komentarzy:

  1. Szkoda, że McGonagall weszła... Ogólnie nic do niej nie mam, ale wybrała nieodpowiedni moment...
    Ciekawa jestem, co jest w tej kopercie.
    Życzę weny i czekam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak głupia się cieszę gdy widzę, że ktoś po raz kolejny skomentował mojego bloga, bo to znaczy, że chociaż trochę Cie interesuje skoro bez rozsyłania i przypominania odwiedziłaś go. Dałaś mi kopa, żeby pisać!

      Usuń
  2. Jedno pytanie: czemu tak krótko?! I po co ta McGonagall weszła, uch... Szykowałam się na jakąś akcję, a tutaj ona :|

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam weny na akcję, a taka wymuszona zawsze w jakiś sposób wydaję mi się beznadziejna. No i doszłam do wniosku, że lepiej publikować krótsze, a szybciej niż dręczyć siebie i tych, których w jakiś sposób moje opowiadanie interesuję. :D

      Usuń
  3. Zastanawia mnie co będzie jest na tej kartce :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedź w następnej części. :)

      Usuń
  4. Drugi rozdział za mną :) Generalnie rzecz biorąc, na początku sądziłam, że Lily przesadza - oczywiście się pomyliłam. Najwidoczniej wojna Evans/Potter musiała być słynna na całą szkołę, skoro ta nagła plotka, że "Lily mu uległa", wzbudziła takie zainteresowanie...
    I pewnie na miejscu Lil, zareagowałabym totalnie tak samo xD
    Haha, kolejne zaskoczenie! Przystojny, ale ciamajdowaty Frank Longbottom! Mam nadzieję, że w przyszłości będzie miał jakąś większą rolę :D Kolejny duży plus, za branie pod uwagę innych kanonicznych postaci poza huncwotami - nie każdy o nich pamięta.
    McGonagall wbiła w fatalnym momencie :P Ale takie już powołanie autorów, aby uprzykrzać jak najbardziej życie bohaterom...
    I cóż może być w tajemniczym liściku?...
    Pozdrawiam ~ Tita

    OdpowiedzUsuń

Włączyłam opcje anonimowego komentowania,
oraz usunęłam weryfikację obrazkową.

Do reklamy Waszych stron przeznaczona jest zakładka ,,WASZE BLOGI''. Często do niej zaglądam i odwiedzam je. Natomiast spam pozostawiony w komentarzach będzie usuwany lub ignorowany.