niedziela, 1 listopada 2015

Przeżycia życia cz. 2

Chciałam się zmienić. Być mniej marudną, obojętną i nieopanowaną osobą niż do tej pory. Zacząć cieszyć się z tego co mam. Przecież gdyby się tak chwilę zastanowić to miałam więcej szczęścia niż niektórzy. Dwie przyjaciółki, które w razie potrzeby były gotowe mi pomóc (przynajmniej taką mam nadzieję), możliwość nauki w najwspanialszej szkole magii na świecie, ale przede wszystkim miałam rodzinę. W każdej chwili miałam gdzie wrócić. A wiem, że bez względu na humorki mojej siostry Petunii, ona też ucieszyłaby się na mój widok.
Od momentu moich jedenastych urodzin, od chwili gdy profesor McGonagall przekroczyła próg mojego domu i opowiedziała o świecie magii. Od tamtej pory prawie w ogóle z nią nie rozmawiałam. Oczywiście nie licząc wrzasków i przezwisk rzucanych w obie strony, bo wierzcie mi. Na początku byłam wyrozumiała. Dwa lata spędziłam zastanawiając się czy istnieje coś co sprawi, że nasze relacje chociaż w części ulegną zmianie. Dwa lata jak durna szukałam słów, które wyrażą ból po stracie siostry. Dwa lata starałam się zrozumieć i wyjaśnić dlaczego tak łatwo odpuściła naszą przyjaźń.
Ale to było zwyczajnie niemożliwe. Nie było słów, które zmieniłyby jej stosunek do mnie. W końcu nienawidziła mnie i jej zdaniem w pełni sobie na to zasłużyłam. Uważała mnie za dziwadło i nienawidziła za moją inność. Chociaż z czasem co raz częściej skłaniałam się ku temu, że powodem jej nienawiści było to, że sama nie była taka jak ja i zwyczajnie mi zazdrościła.
Tak więc ja, Lily Evans. Odpowiedzialna, sztywna i niezrównoważona pani prefekt siedziałam właśnie w jednym z ciemniejszych zakątków szkolnej biblioteki i tępo wpatrywałam w podręcznik od Transmutacji, na którym leżało małe, lekko wyblakłe zdjęcie.
Przedstawiało one mnie i śmiejąca się Petunię. Obraz oczywiście nie ruszał się. Było to zdjęcie zrobione w wakacje po moich jedenastych urodzinach. Już wtedy wiedziałam o swoich nadzwyczajnych zdolnościach. Ale wraz z siostrą niewiele z tego rozumiałyśmy, więc nie było o co się kłócić.
Niechętnie schowałam zdjęcie pod książką i po raz kolejny przeczytałam akapit tekstu, z którego nic nie zrozumiałam. Transmutacja miała swoje definicje i sposoby zapisywania, które zawsze z trudem tłumaczyłam. Tak jak i tym razem. Z przeczytanego tekstu nie zrozumiałam kompletnie nic.
Wstałam i z pełną zrezygnowania miną podeszłam do biurka bibliotekarki.
- Nie ma pani może czegoś... czegoś co lepiej wytłumaczy mi przemianę i użycie zaklęcia homomorficznego? - wyjąkałam starając się ściszyć głos na tyle, żeby siedzący przy stolikach za mną uczniowie nie usłyszeli mojej prośby. Powód był prosty. Równie prosty co zaklęcie, którego nie rozumiałam i z którym jako jedyna z klasy miałam problem. 
Poczułam się zażenowana widząc minę kobiety. Patrzyła na mnie w pełen współczucia sposób. Chociaż gdyby się tak chwilę zastanowić, to nie było w tym nic dziwnego. W końcu w ciągu ostatniej godziny spytałam ją o to samo już cztery razy, wciąż mając nadzieję, że może jednak skrywa pod biurkiem magiczny podręcznik, z którego byłabym w stanie cokolwiek zrozumieć.
- Naprawdę mi przykro, ale nie mam takiej książki i szczerze wątpię w to, że kiedykolwiek takowa istniała. - wyjaśniła ukrywając wzrok w pełnym dat notesie. Potraktowałam to jako zakończenie rozmowy i z miną męczennika wróciłam na swoje miejsce. 
- Cholerna transmutacja, cholerna transmutacja, cholerna...
- Hej.
Podniosłam wzrok znad księgi męczenników i z niemałym zaskoczeniem przywitałam dziewczynę, która zdecydowała się na moje towarzystwo. Prawdopodobnie nie była jeszcze świadoma głupoty, którą popełniła siadając obok mnie.
- Czego się uczysz? - spytała poprawiając swoje jedwabne, blond loki.
- Przedmiotu głupców - wydukałam trzaskając książką i kładąc głowę na stolik. Byłam załamana.
- Mówiłam ci, że bez sensu chodzisz na te Wróżbiarstwo. Co przerabiacie?
- Co? O czym ty mówisz? - zdziwiłam się podnosząc głowę do góry. - Miałam na myśli Transmutacje. 
Marlena spojrzała na mnie jak na idiotkę. - Przecież mówiłaś, że już wszystko nadrobiłaś, a jak Devon spytał czy nie chcesz jednak, żeby coś ci wytłumaczył to zaprzeczałaś jak głupia.
Wróciłam myślami do kolacji sprzed paru dni kiedy to jak najęta narzekałam na profesor McGonagall i jej głupie lekcje. Dosiadł się do mnie wtedy Devon i widząc moje zrozpaczenie zaoferował mi pomoc. Tyle, że niezbyt chciałam, żeby mi pomagał. Czułam, że jest na każde moje zawołanie co sprawiło, że nie chciałam zapuszczać u niego jeszcze większego długu wdzięczności. Był moim przyjacielem, a od niedawna odnosiłam wrażenie, że nie tyle co zaniedbuję go, a zwyczajnie wykorzystuję.
- Na Merlina, bo to Devon - zakryłam z powrotem twarz. 
Dziewczyna pokiwała dziwnie głową dając mi do zrozumienia, że nic z tego nie rozumie. 
- Myślałam, że unikasz tylko Jamesa i Remusa - odparła po chwili namysłu. - Ale...
- Nie unikam ich - przerwałam jej. - Mówiłam ci przecież, że... no, że wyjaśniłam sobie sprawę z Jam... Potterem odnośnie tych plotek. A z Remusem nie miałam jeszcze jakoś ostatnio okazji porozmawiać. 
- A wczoraj na obiedzie? - spytała unosząc brwi w geście niedowierzania. - Siedział metr od ciebie dziewczyno i nie zaprzeczaj, bo widziałam was - uzasadniła domyślając się, że za chwilę wynajdę w głowie jakieś tłumaczenie.
Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową. Dlaczego z nim nie porozmawiałam? Marlena miała rację. Siedział metr ode mnie i zachowywał się jakbym nie istniała. Przecież mogłam go przeprosić i wszystko wróciłoby do normy. A ja jak głupia siedziałam i wpatrywałam się z niesamowitym zainteresowaniem w kawałek kurczaka.
Myliłam się wcześniej myśląc, że mu przejdzie bez zbędnych ceregieli takich jak rachunek sumienia, rozmowa, przeprosiny i tym podobne. Nie mówił mi cześć, na korytarzu mijał mnie jak obcą osobę, a na spotkaniach prefektów ignorował. Zresztą nie tylko on. 
Pozostali członkowie paczki Huncwotów także wykreślili mnie z listy znajomych. Tak więc od paru dni w zamku panował wyjątkowy spokój. Co prawda wśród ślizgonów ktoś wszczął bójkę, ale i tak nie równało się to niektórym wrzaskom, które towarzyszyły kłótniom moich ze słynnymi rozrabiakami. I szczerze mówiąc w jakiś sposób mi tego brakowało. To znaczy nie podwyższonego ciśnienia, tylko takiej dziwnej energii, która towarzyszyła im gdziekolwiek się pojawili.
- Dobra stchórzyłam! Zadowolona? - przyznałam nagle.
- Nie - zaprzeczyła ruchem głowy. - Ani trochę.
Pomiędzy nami zapadła idealna cisza, którą nie pogardziłaby nawet Madame Pince. Poczułam jak Marlena obserwuje mnie swoimi wielkimi, niebieskimi oczyma, ale zignorowałam to wpatrując się tępo w podręcznik. W tej samej chwili stwierdziłam, że bez korepetycji nie ujdę cało z zbliżającej się  w nieubłaganym tempie czwartkowej lekcji i stwierdzam na głos:
- Potrzebuję pomocy.
- No co ty Lily? - nastolatka spojrzała na mnie jak na największego kretyna, którym prawdopodobnie ostatnio się stałam. Jednak sekundę później wzięła spokojny wdech przecierając bladą dłonią twarz i dając mi tym samym do zrozumienia, że nie ma już do mnie siły. - Nie znam kogoś kto miałby czas ci to wytłumaczyć. Cały moja klasa kuje do testu sprawdzającego z eliksirów. Zresztą niedługo koniec pierwszego semestru i wszyscy skupiają się na swoich ocenach. - podsumowała krótko. - A co z Devonem?
Tym razem to ja przetarłam twarz zmarzniętymi dłońmi i zaczęłam wpatrywać się w nią. 
- Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, ale po prostu nie mogę... i nie chodzi tu o jakieś moje wybryki z unikaniem! - uzasadniłam szybko widząc spojrzenie dziewczyny.
Marlena pokiwała lekko głową udając, że mi wierzy i z ogromnym zainteresowaniem zaczęła obserwować książki leżące na biurku.
- A Remus? - spyta niespodziewanie. - Może to dobry pretekst, żebyś się z nim pogodziła, nie uważasz?
***
Godzinę później stałam po środku Pokoju Wspólnego i zawzięcie wpatrywałam się w schody prowadzące do męskich dormitoriów. Byłam pewna, że chłopak jest teraz w swojej sypialni wraz z Peterem, ponieważ minęłam się z nimi wchodząc do wieży. Oczywiście nie było dla mnie szokiem, że po raz kolejny zostałam zignorowana. Najwidoczniej jakoś szło się przyzwyczaić.
W połowie myśli zrobiłam krok w stronę celu. Nie mam pojęcia skąd znalazło się we mnie tyle samozaparcia, ale już parę sekund później minęłam pokój pierwszorocznych gryfonów.
Zatrzymałam się dopiero przed drzwiami z tabliczką, zawierającą cztery bardzo dobrze mi znane nazwiska. Wyciągnęłam dłoń i zapukałam. Odczekałam chwilę, ale o dziwo nie doczekałam się żadnej reakcji, więc dalej stałam przed pokojem i wpatrywałam się w drzwi. Nie chciałam wchodzić bez wcześniejszego powiadomienia lokatorów o wizycie z paru dosyć istotnych przyczyn. Na przykład niezbyt widziało mi się oglądanie po raz kolejny nagiego Syriusza czy zresztą któregokolwiek z nich. Chociaż przyznam, że no cóż... ciało miał nie najgorsze. Ale i tak nigdy nie wypowiedziałabym tego na głos.
Zapukałam ponownie. I jeszcze raz. Kolejny. No i na koniec uderzyłam kilka razy pięścią tak dla podsumowania, ale nikt mi nie otworzył. A tak być nie mogło. Byłam pewna, że siedzieli tam w środku. Że chociaż Remus albo Peter był tam i śmiał się ze mnie w tej chwili.
- Remus, otwórz mi! - zawołałam. - Wiem, że tam jesteś. 
Wciąż cisza, ale mogłabym przyrzec, że usłyszałam cichy śmiech.
- Przepraszam, dobra? Jestem niedojrzała. Wiem o tym, ale staram się nad tym pracować. To, że mi się nie udaję to już co innego - dodałam po chwili nieco ciszej. - Zachowałam się jak idiotka. Remus, przestań się na mnie gniewać. Zrozumiałam swój błąd i dostałam nauczkę, nie chcę, żebyś mnie...
- Lila? 
Wolałabym, żeby to był sen. Głupi, upokarzający sen, z którego wybudzę się za parę minut i pośmieję. Ale to była przerażająca i niesprawiedliwa rzeczywistość. 
Powoli obróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni i spostrzegłam przed sobą odrobinę przerażonego bruneta. I chociaż myślałam, że gorzej być nie może, to jednak było. Po chwili zza chłopaka wyłoniło się pięcioro siódmoklasistów, u których najwyraźniej Remus spędzał czas, kiedy to ja urządzałam sobie koncert na drzwiach do jego sypialni. Poczułam jak moje policzki gotują się przybierając barwę włosów.
- Eee? Remus? O hej - wydukałam. - Fajnie cię widzieć.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Początek rozdziału miałam napisany już dawno, ale z początku nie potrafiłam go kontynuować, a w końcu gdy poczułam odrobinę weny to zalałam klawiaturę w laptopie.
Trudno było mi dzisiaj pisać, bo zabijcie mnie, ale sporo zapomniałam.
W każdym razie ta rozmowa Lily z Marleną jest jakby podsumowaniem tego co było.

Mam nadzieję, że teraz już znajdę czas i będę pisać.
Chyba wracam.