czwartek, 6 października 2016

Szczekanie zapobiegające autodestrukcji

          Pomijając kwestie upokorzenia i dialogów wymienionych później pomiędzy mną, Remusem i jego kolegami, akcja przed sypialnią Huncwotów zakończyła się nie najgorzej. Udało mi się porozmawiać z chłopakiem, który widząc moje zażenowanie darował sobie zbędne komentarze i pomimo późnej pory zaczął tłumaczyć mi przeklętą Transmutacje. Prawdopodobnie doszedł do wniosku, że upokorzenie było dla mnie wystarczającą karą, albo po prostu mnie lubił. Chociaż trochę.
     W każdym razie było dobrze, albo chociaż lepiej niż wcześniej. Ze mną, beznadziejną Transmutacją i Remusem. Resztę na ten moment odłożyłam na drugi plan i wreszcie poczułam się spokojniejsza. O ile jest to w ogóle możliwe w moim przypadku, to naprawdę czułam się wyluzowana i chyba nabrałam więcej pewności siebie. Więc było dobrze.
     - Lily, kojarzysz ten mój czerwony sweter?
Podniosłam wzrok znad podręcznika od eliksirów i znudzonym wzrokiem odnalazłam współlokatorkę o czarnych kręconych włosach wpatrującą się morderczym wzrokiem w swój kufer.
     - Yhym - odparłam wrzucając do buzi kolejnego orzeszka i wracając do ,,Eliksirów dla ciekawskich''.
     Odszukałam fragment tekstu, przy którym przerwała mi Emma i odczytałam go na głos:
     - Spraw by osoba, która wypije to wino, oblała mnie boską miłością. Słodki napoju miłosny zaklęty przez dziewięć spraw, by jego miłość była moja na zawsze.
     - Od kiedy piszesz wiersze? - zaśmiała się szatynka siadając przy mnie na łóżku.
     - Nie piszę. To formułka eliksiru miłosnego - wyjaśniłam przyglądając się jej. - Mogłabyś się ubrać. Na sam widok robi mi się zimno.
     Przykryłam się szczelniej czerwonym kocem i przeczytałam następną linijkę tekstu.
     - Nie marudź - westchnęła. - Zdajesz sobie sprawę z tego ilu facetów zabiłoby żeby być teraz na twoim miejscu?
     Zauważyłam, że z niezadowoloną miną założyła na siebie granatowy sweter należący do Grace i z powrotem usiadła obok mnie. Zaśmiałam się widząc jej wyraz twarzy.
     - Pewnie - zaśmiałam się. - Mam cholerne szczęście, że mogę oglądać twoje cycki.
     Szatynka rozpuściła włosy kładąc się prostopadle do mnie. Po chwili jednak pojawił się na jej twarzy ogromny uśmiech, a sekundę później rechotała już jak żaba. 
     - Bez sensu jest ten eliksir - oburzyłam się po przeczytaniu następnego akapitu. - Można uwarzyć go tylko o 21.00 dziewiątego dnia, dziewiątego miesiąca roku. Przecież to największa bzdura na świecie.
     - Oj nie bulwersuj się już tak - przerwała mi Em. - To ma taki sam sens jak wszystkie inne eliksiry.
     - Nieprawda! Pozostałe mają jakieś zastosowania i większość z nich jest naprawdę niesamowicie interesująca! Ale ten...
     - Przecież jest taki sam jak wszystkie inne. Nawet ma wyjątkowo normalne składniki.
     Przejechałam szybko wzrokiem po ingrediencjach napoju miłosnego i niechętnie przyznałam dziewczynie rację.
     - No dobra, ale... - przerwałam sobie w połowie zdania. Dopiero teraz dotarło do mnie, że Emma mówiąc o normalności składników musiała je znać. Problem w tym, że tego wywaru nie obejmował system nauczania. - Chwila. Skąd znasz jego składniki? Przecież ty nienawidzisz eliksirów, a kontynuujesz je tylko ze względu na rodziców.
     - Kiedyś coś tam... coś tam sobie przeczytałam - wyjaśniła pośpiesznie. - Nie patrz tak na mnie Lily! Jestem dziewczyną, to normalne, że kiedyś zainteresowały mnie napoje miłosne!
     Spojrzałam na nią karcącym wzrokiem. Czy ona w ogóle siebie słyszała? Była świadoma skutków jakie pociągają za sobą eliksiry tego typu?
     - Nie zdajesz sobie chyba...
     - Byłam zazdrosna, dobra? - przerwała mi wstając z łóżka. - Pamiętasz jak Black w zeszłym rok błagał mnie o randkę przez jakiś tydzień, może dłużej? - pokiwałam twierdząco głową przypominając sobie wrzaski Emmy, gdy co wieczór wracała do pokoju rozwścieczona niczym McGonagall. - Kiedy już chciałam się zgodzić on nagle przestał. Chciałam, żeby dostał za swoje.
     Wpatrywałam się w nią nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa. To było dla mnie nie pojęte. W końcu zmusiłam się na krótkie ,,yhym'' i z udawanym zainteresowaniem zaczęłam patrzeć w podręcznik.
     Kątem oka zauważyłam, że dziewczyna na zmianę otwiera i zamyka usta wyraźnie próbując coś powiedzieć, ale ostatecznie bez słowa wstała i wyszła z sypialni. Odrzuciłam od siebie książkę i zła na samą siebie otworzyłam kufer w poszukiwaniu innych spodni. Po raz kolejny sprawiłam, że zwykła, miła rozmowa z Emmą skończyła się kłótnią. Bezsensowną kłótnią o głupotę.
     Przebrałam się w zwykłe jeansy i spinając po drodze włosy w kitkę wyszłam z dormitorium.
     Byłam wściekła. Po ostatniej sprzeczce obiecałam sobie powstrzymywać się lub chociaż  starać się kontrolować niemiłe odzywki i inne tego typu zachowania. Ale nie. Oczywiście musiałam coś palnąć i kogoś zdenerwować.
     - Co takiego zrobiła ci ta ławka? - dobiegł mnie znajomy śmiech przypominający szczekanie psa.
     - Co takiego zrobiłam, że muszę cały czas na ciebie wpadać? - powtórzyłam bezmyślnie nie skupiając się na słowach chłopaka, a samym fakcie, że po raz kolejny spotkałam go na swojej drodze.
     - Palce sobie połamiesz - zignorował mnie dosiadając się.
     Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego gdzie jestem i, że rzeczywiście zaraz pokaleczę sobie dłonie. Siedziałam na niskiej ławce na jednym z pustych korytarzy na piątym piętrze opierając się o lodowatą, kamienną ścianę. Pod wpływem emocji ściskałam z niewyobrażalną siłą kawałek drewna, na którym siedziałam. Wtedy też zdałam sobie sprawę z tego, że moje dłonie zaczęły przybierać siną barwę.
     - Nie wiedziałem, że w tobie tyle siły - nie przestawał się ze mnie śmiać.
     Szybko zabrałam ręce i zaczęłam je masować. Nie miałam pojęcia skąd znalazła się we mnie tak ogromna moc. Zwykle byłam tą najsłabszą, która przegrywała pojedynek na rękę nawet z młodszymi kuzynkami.
     - Ty mnie śledzisz, czy jak? - po raz kolejny zignorowałam słowa kolegi. 
     W głowie miałam istną mieszankę uczuć, która zbliżała mnie ogromnymi krokami w stronę autodestrukcji. A w takich przypadkach towarzystwo szczekającego szatyna z rodu Blacków było raczej niewskazane, a może i nawet zabronione, co prawdopodobnie znalazłoby uzasadnienie wśród ofiar.
     - Masz jakiś problem ze swoim ego, Evans? - przestał się śmiać.
     - Tak! - warknęłam upodobniając się do szatyna. - To znaczy nie - pośpiesznie się poprawiłam. - Mam cię po prostu dosyć.
     - Będę leciał - wstał i nie zwracając najmniejszej uwagi na mnie odszedł parę metrów. Zatrzymał się dopiero w połowie drogi, gdy jak durna krzyknęłam jego imię.
     - Stój - wydukałam. - Zaczekaj. 
Odległość nie zakryła spojrzenia, które rzucił w moją stronę szatyn. Był zdziwiony, ale chyba nie bardziej niż ja sama.
     - Nie wierzę, że to powiem... - ściszyłam głos, mówiąc to tak naprawdę tylko do siebie.
     Podeszłam bliżej Syriusza wciąż milcząc. Pewnie byłam bardziej ciekawa swoich czynów i tego co się stanie, niż stojący naprzeciw mnie chłopak.
     - To nieprawda - powiedziałam najciszej jak potrafiłam. - To, że... no, że mam cie dosyć. Jestem po prostu wściekła na wszystko i to dlatego.
     - Co mówiłaś? - rzucił tępo wpatrując się we mnie w dziwny sposób i niezrozumiały dla mnie sposób.
     - No, że jestem wściekła i...
     - Nie, nie - wtrącił - wcześniej.
     Wzięłam ogromny wdech i szybko powtórzyłam. Dopiero gdy skończyłam zdanie zdałam sobie sprawę z tego, że ten kretyn doskonale wiedział co powiedziałam, ale chciał jedynie, żebym to powtórzyła.
     - Jesteś okropny - podsumowałam.
     - Oj, Evans, Evans... akurat o to nie mogę się obrazić - dodał wesoło, po czym zarzucił na moje barki swoją rękę, która nie denerwowała mnie już tak bardzo jak wcześniej.
     W ciągu następnej godziny pomiędzy mną, a Blackiem nawiązała się dziwnego rodzaju nić porozumienia. Zapomniałam na moment o odwiecznej wojnie prowadzonej między mną, a szczekającym nastolatkiem i skupiłam na fakcie, że on podobnie do mnie był człowiekiem. O czym z niewiadomych przyczyn zdarzało mi się czasami zapominać.
     Niespodziewanie nastała pomiędzy nami pierwsza od godziny cisza, a ja poczułam potrzebę wykorzystania sytuacji.
     - Kojarzysz tę akcję sprzed dwóch-trzech tygodni? – spytałam prosto z mostu. – Kiedy Potter rozpowiedział, to znaczy kiedy myślałam, że rozpowiedział, że… no, że mu uległam? – sprecyzowałam widząc zaskoczenie na twarzy chłopaka.
     - No raczej, Evans – westchnął przeciągając pierwsze litery mojego nazwiska. - Przez tydzień musiałem słuchać jak wkurzony na cały świat próbuje dowiedzieć się kto to zaczął – dodał wspominając Pottera.
     Zmarszczyłam brwi ze zdziwienia.
     - Czyli to naprawdę nie był on – stwierdziłam na głos.
     - No coś ty – zaszczekał. – Wiem, że go nie lubisz… oczywiście lekko mówiąc, ale on ma swoje zasady. Jestem dla mnie jak brat i wiem, że czegoś takiego w życiu by nie zrobił żadnej dziewczynie – zapewnił mnie.
     - Wymarzony brat, którego nigdy nie miałeś, a bardzo byś chciał. Hę?– odparłam nie mając pojęcia w co się pakuję. – Zawsze chciałam mieć starszego brata, ale mam tylko wredną siostrę – dodałam z niesmakiem.
     Chłopak przetarł dłonią twarz, żeby dać sobie więcej czasu na odpowiedź. Nie miałam pojęcia, że tym głupkowatym tematem wywołam w nim aż takie poruszenie.
     - Mam brata, Evans.
     Przyznam, że z początku byłam pewna, że żartuje i planowałam wybuchnąć śmiechem jak to zdarzało się nam na zmianę przez ostatnią godzinę, ale w porę się opanowałam. Z twarzy towarzysza wywnioskowałam, że tematy rodzinne nie są jego specjalnością i postanowiłam sobie darować. Tyle, że on kontynuował.
     - Chodzi nawet z nami do szkoły. Jest Slytherinie – sprecyzował nie odwracając wzroku od rąk.
     - Nie miałam pojęcia.
     Co prawda kojarzyłam jakiegoś Blacka, za którym biegał w zeszłym roku Severus, ale byłam przekonana, że to co najwyżej jakiś kuzyn Syriusza, ale na pewno nie brat.
     Prychnął zabawnie kręcąc głową.
- Oczywiście, że nie miałaś. O to właśnie chodziło – odwrócił się w moją stronę. – Zarówno jemu jak i mi.

     Nie wiedziałam, która była godzina gdy wróciłam do Wierzy Gryffindoru wraz z Blackiem. Spędziłam z nim może z godzinę, lub dwie, ale niespecjalnie tego żałowałam. To znaczy, gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że przesiedzę z tym półgłupkiem tyle czasu to zwyczajnie bym go wyśmiała, ale teraz zaczęłam odnosić wrażenie, że coś się zmieniło. Chyba zaczęłam się zmieniać i dopuszczać do siebie ludzi.
     Tak naprawdę nie miałam pojęcia dlaczego wtedy na korytarzu zawołałam za nim zamiast skakać z radości, że wreszcie dał mi spokój. Pamiętam, że poczułam się trochę oburzona tym, że wstał i chyba wtedy obudziła się we mnie odrobina empatii do tego szczekającego chłopaka.
     - Gdzie byłaś? 
     Zaskoczona odwróciłam się w stronę głosu uderzając jednocześnie łokciem w kant. Syknęłam z bólu. Odruchowo zaczęłam masować obolałe miejsce.
     - Em? Nie powinnaś spać? - zdziwiłam się zachowaniem współlokatorki. O ile zaczęłam się orientować, było już dosyć późno. A zazwyczaj w niedzielne wieczory moje koleżanki z dormitorium albo spały, albo odrabiały poniedziałkowe prace domowe. Chociaż w większości jednak kładły się wcześnie spać z nadzieją, że nie dadzą rady wydostać się z cudownej krainy snu i zaśpią na poranne lekcje.
     - Remus cię szukał. Miałaś dzisiaj z nim dyżur. 
     Palnęłam się otwartą dłonią w czoło. Jak mogłam zapomnieć o dyżurze? 
     - Nie wierzę - zaśmiałam się.
Zapaliłam lampkę stojąca przy moim łóżku i zdejmując buty rzuciłam się na miękki materac.
     - Co takiego? - zdziwiła się Emma wydostając się spod kołdry i sięgając po mojego rudego kocura leżącego pomiędzy naszymi łóżkami.
     - Nic takiego - odparłam nie czując potrzeby tłumaczenia się z mojej nieobecności.
     - Wydajesz się jakaś szczęśliwsza - czarnowłosa przyjrzała mi się dokładnie, na co zaśmiałam się donośnie zapominając o współlokatorikach uddanych objęciom Morfeusza.
     - Szczekanie zapobiega autodestrukcji - odparłam wesoło czując, że dzisiejszą rozmowę z Blackiem zapamiętam na bardzo długo.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wracam. 
Nie mam pojęcia z jaką częstotliwością będą dodawane rozdziały, ale na pewno będą, bo nie potrafię żyć bez pisania.